„Cóż to jest 42 miliony ofiar? To nie liczba. To samotność”

8 maja 2017 roku, w przeddzień rosyjskiego Dnia Zwycięstwa, Nowaja Gazieta opublikowała wywiad Niny Petlianowej Daniiłem Graninem – rosyjskim pisarzem, znanym między innymi jako współautor “Księgi blokady”, a także weteranem II wojny światowej, przedstawicielem nielicznych już “frontowików”, czyli uczestników bezpośrednich starć wojennych na froncie. Oto tłumaczenie tej rozmowy.

„Na wojnę poszliśmy nieuzbrojeni w sensie dosłownym i duchowym”

— Przez pierwsze lata po zwycięstwie opowiadać o tym, co działo się z nami na początku wojny i jak prowadziliśmy ją w 1941 roku, nie pozwalała cenzura. I także my sami bardziej chcieliśmy opowiadać o kontrofensywie. O tym, jak weszliśmy do Berlina. A to, jak zaczęliśmy wojnę, jak kolosalne były straty, jak się cofaliśmy, uciekali, poddawali miasto za miastem – o tym mówić nie mieliśmy ochoty. Początek wojny to był najbardziej tragiczny czas. W lipcu 1941 roku, gdy nasz pociąg jechał na front, wszyscy śpiewali pieśni. Byliśmy szczęśliwi, że trafiliśmy do gwardii ludowej. Miałem pancerz, pracowałem w biurze konstrukcyjnym, gdzie konstruowano czołgi. I z trudem wywalczyłem, żeby mnie włączyli do gwardii ludowej. Wydawało mi się: jak to? Jest wojna i ja miałbym w niej nie uczestniczyć?! To uczucie, którego nie da się opisać…Teraz patrzy się na to jak na przejaw głupoty, naiwności. A wtedy było szczerze uczucie: powalczymy, zwyciężymy i wrócimy. Nawet żegnając się z krewnymi uspokajaliśmy ich szczerze: to tylko miesiąc czy dwa i wszystko wróci do normy…

— To była wiara w siebie czy w kraj?

— I powszechny nastrój, i osobista pewność, że wkrótce wrócimy jako zwycięzcy. Niczego nie wiedzieliśmy o wojnie. Oto psychologia 1941 roku – nic nie było wiadomo. Wiedzieliśmy, że zwyciężymy, takie poczucie było, ale jak? Kiedy?

Było i inne uczucie. Ono męczyło nas przez pierwsze miesiące wojny. Dopiero co Stalin całował się i pił z Ribbentropem. Niemcy nazywał „naszym przyjacielem”. Jechaliśmy na wojnę nieuzbrojeni w gniew. Narastało w nas uczucie dezorientacji i urazy: jakże to tak, że oni bez jakiegokolwiek uprzedzenia na nas napadli. Stalin mówił, że ich siłą jest zaskoczenie. Ale czy oni nie powinni byli nas uprzedzić? Nikt nie zajmował się tym pytaniem. Nie tylko nasi polityczni działacze byli ogłupieni, oszukani przez Niemców i wpadli w tę w pułapkę, ale i my również – poszliśmy na wojnę nieuzbrojeni w sensie i dosłownym, i duchowym.

Gdy do naszej niewoli trafił pierwszy niemiecki lotnik (jego samolot został zestrzelony, on wylądował na spadochronie prosto w miejscu stacjonowania naszych wojsk), to rozmawiał z nami z wysoka, jak z niższą rasą, z wyższością Aryjczyka i żołnierza. Wieścił: „jesteście skończeni”. A my temu Niemcowi próbowaliśmy przypomnieć: Thälmann, Karl Liebknecht, „proletariusze wszystkich krajów łączcie się!” Przecież to było wszędzie, we wszystkich gazetach. I wystarczyło kilka miesięcy, abyśmy zgromadzili w sobie nienawiść, złość, a w każdym razie wyzwolili się od przyjaznych uczuć i stosunków.

— Skąd wzięła się w was nienawiść?

— Od niemieckich żołnierzy. Oni, idąc naprzód, zostawiali za sobą spalone wsie, zniszczone miasta, wisielców. Ale najważniejsze było: za co? Dlaczego? Jakie hasło wojenne oni mieli? Jaki powód? My nic nie rozumieliśmy. To tak jakby człowiek szedł po ulicy i nagle ktoś daje mu po mordzie i krzyczy: „My ciebie zniszczymy”. Przecież ta wojna była nie po to, aby podbić jakieś ziemie. Nie. Oni szli na Moskwę, aby zniszczyć Rosję. Zniszczyć Leningrad. Hitler wprost powiedział: „Zrównać to miasto z ziemią”.

Początek wojny, pierwsze miesiące były bardzo ciężkie. Zatrzymaliśmy się na stacji Bateckaja i nie zdążyliśmy jeszcze nawet wysiąść z pociągu, a oni już zaczęli nas bombardować. To normalne, potem też nas bombardowano, ale skąd oni wiedzieli, że tam będziemy? Nam politrucy mówili: szpiedzy, zdrajcy przekazali im, że nasz pociąg jedzie, i kiedy i gdzie się zatrzyma. Jeden z naszych bojowników (u nas przecież nikt nie był zawodowym wojskowym, tylko byli to przeważnie robotnicy z fabryki z Kirowie, z portu w Leningradzie, z instytutu kultury, z pałacu kultury Dzierżyńskiego) powiedział politrukowi: „Towarzyszu komisarzu, przecież myśmy wszystkich szpiegów i dywersantów zlikwidowali. Skąd więc oni wzięli się znowu? Represje 1937 roku miały przecież wyzwolić kraj od tego zła. A ono znowu się pojawia! Teraz to brzmi niemal jak dowcip, ale wtedy nie dało się tego pojąć.

„Dla ucieczki i paniki broń to ciężar”

— W pierwszym roku wojny bardzo wiele było rzeczy niezrozumiałych. Nie mogli nam załatwić karabinów – brakowało ich. Ja karabinu nie dostałem. Rozdano nam butelki z substancją wybuchową. A gdzie cała nasza broń? Gdzie nasze samoloty? Dlaczego Niemcy nas bombardują, a żadnej obrony w postaci strzelców na naszym odcinku frontu nie ma? Wydano nam kawaleryjskie bryczesy. A gdzie normalne mundury? Choćby i używane! Absolutnie niespodziewanie nagle orientowano się, że nasza armia jest całkowicie nieprzygotowana do wojny. Nie było nawet map topograficznych. To demotywowało. Przecież były u nas parady wojskowe. Śpiewano pieśni o sukcesach Woroszyłowa i Budionnego: „Nikt drogi przebytej już nam nie odbierze, Czerwona Dywizja, naprzód, naprzód, naprzód…”.

Narastało rozczarowanie tym, że okazaliśmy się niegotowi do wojny. A także z tego powodu, że Niemcy owinęli sobie Stalina wokół palca. O tym początkowo baliśmy się nawet pomyśleć: sam Stalin nie rozumiał, że nas oszukiwano. Byliśmy niegotowi do prawdziwej wojny. Nie spodziewaliśmy się, że Niemcy przewyższają nas i pod względem uzbrojenia, i pod względem łączności, i pod względem aprowizacji. U nich wszystko było przygotowane, a u nas nic. To poniżające uczucie. To paniczne uczucie.

Trzeba było dojść do siebie. Ale na to, aby dojść do siebie, potrzeba było czasu. A my szukaliśmy jakiegoś usprawiedliwienia. I póki szukaliśmy, we wrześniu 1941 roku Niemcy byli już pod Leningradem. Niekiedy przemieszczali się z szybkością 80 km dziennie! Co to za wojna? To ucieczka.

Już gdzieś za Ługą (zdążyliśmy ją przejść na początku wojny, póki jeszcze nie było bezpośredniego przecięcia z przeciwnikiem) okopaliśmy się i szykowaliśmy się na spotkanie z Niemcami. A przez nasz odcinek frontu wycofywała się Armia Czerwoa i to nam pomogło w dozbrojeniu się. Oni oddawali nam swoje karabiny, działa ręczne, granaty, i, oczywiście, prosili o coś w zamian. My oddawaliśmy to, co wzięliśmy ze sobą na wojnę: mydło, cukier, papierosy…Ktoś miał cukierki, ktoś inny suchary dobrej jakości, szprotki (w szprotki zaopatrywano wszystkich). Zostawialiśmy sobie tylko brzytwy i ciepłe onuce.

— A wycofujący się żołnierze Armii Czerwonej nie mieli nic, szli do domu głodni?

— Tylko karabiny. Oni byli wymęczeni. Były duże straty. Była u nich psychologia cofających się, którym już niepotrzebna jest broń. Dla ucieczki i paniki broń to ciężar. Tylko przeszkadza.
Niemcy podeszli bardzo blisko. 17 września, gdy wycofywaliśmy się z miasta Puszkin, nie widziałem żadnego innego pociągu. Obrona zawaliła się.

„Zaczynasz rozumieć, że Niemca da się jednak zabić…”

— Jest strona wojny, którą ujawnia się dopiero po latach i którą historykom trudno jest opisywać. Wojna, którą przeżyłem, nie jest związana z dokumentami, nie była też po prostu wydarzeniem. To wiąże się z pojmowaniem cudu.

To historia żołnierskiego braterstwa, tego, jak zmieniały się nastroje żołnierzy. To powstający cztery lata kardiogram. On zawsze jest różny: na początku – brawura, potem – nadzieja, potem – rozczarowanie, rozpacz, poczucie klęski, później – jakieś doświadczenie i nowy przełom: zaczynasz rozumieć, że jednak można Niemca zabić. Ten kardiogram bardzo trudno zarysować, ale to właśnie on decyduje i zadecydował o wyniku wojny.

Wojnę kilka razy przegrywaliśmy i za każdym razem towarzyszyło temu poczucie klęski. Ale potem to poczucie znikało i na jego miejsce pojawiało się to, co Puszkin nazwał „furią”. Nie wiadomo, jak wygraliśmy wojnę. Były stany takiej beznadziei, że samo myślenie o nich jeszcze długo potem wywoływało lęk.

Bardzo ważne okazało się dla nas to, że Niemcy nie zdołali wziąć Moskwy, że nie zdołali do niej wkroczyć i już we wrześniu 1941 roku zatrzymali się przed Leningradem. Co więcej, nie tylko się zatrzymali, lecz byli zmuszeni rozpocząć odwrót. To był nasz pierwszy wyraźny sukces i to spowodowało psychologiczny przełom. Uświadomienie sobie tego, że oni mogą się cofać – to jedno. A drugie to przekonanie się, że my możemy iść naprzód. Oto właśnie historia żołnierskiego oporu.

Historia wojny to nie tylko bitwy i straty, lecz jeszcze historia o tym, jak zmieniała się żołnierska psychologia. Ona zmieniała się aż do samego zwycięstwa. Gdy weszliśmy do Prus Wschodnich, zaczęła się całkowicie inna wojna. To był absolutny przełom. Rozczarowanie naszymi sojusznikami, którzy tyle czasu potrzebowali na otwarcie drugiego frontu.

Ta część wojennej historii jest słabo opisana, historycy nie umieją jej ugryźć, to tylko żołnierskie i generalskie wspomnienia. Nawiasem mówiąc, w ich wspomnieniach nie ma wzmianek o poczuciu totalnej rozpaczy, paniki, świadomości tego, że Rosja zginie. Jak to – Rosja zginie?! Żukowowi nie pozwalano napisać we wspomnieniach, że był taki moment, że pojawiło się realne niebezpieczeństwo, że nie uda się obronić Moskwy. Nie pozwolono mu tego napisać. Ale Simonow do zapytał: „Miał pan takie poczucie?” Żukow mógł opisać położenie całego frontu, my natomiast nie mogliśmy, mieliśmy tylko naszą żołnierską, okopową psychologię, znajomość małego odcinka. Żukowo odpowiedział: „Tak, był moment, gdy było to możliwe”. Historycy długo nie mogli się z tym pogodzić i cenzura tym bardziej. Ale dla pisarza właśnie to jest najciekawsze. Pisarz pisze, opierając się na nie dokumentach, lecz na psychologii, na psychologii wojny i wiedzy o tym, jak ona się zmienia.

„To trudne pytanie, ale duch bojowy podnosili i panfiłowcy, i Matrosow”

Nikt nie mógł przewidzieć, że wojna będzie trwać cztery lata – ani dowódcy, ani oficerowie, ani szeregowi. Gdyby mi powiedziano, gdy starałem się, by wzięto mnie do armii: „Wrócisz, jeśli przeżyjesz cztery lata”, nie uwierzyłbym i nie pchałbym się do gwardii ludowej.
Po wojnie nie opisywano tego w literaturze, bo był to temat wstydliwy, a poza tym cenzura nie pozwalała. Cenzura zagłuszała to rozczarowanie. Ten aspekt historii Wielkiej Wojny Ojczyźnianej prawie w ogóle nie był ujawniany. Nie pozwalano o tym mówić. W gazetach wydrukowano może ze dwa teksty o odwrocie, przypadkiem przepuszczone przez cenzurę, i więcej nic.

A tymczasem dobrzy pisarze okresu powojennego rozumieli, że właśnie poprzez ten aspekt można zrozumieć zwycięstwo i jego wielkość. Po wojnie pojawiło się niesłychanie dużó literatury o wojnie. Tworzyli ją znakomici pisarze: Wasil Bykow, Wiktor Astafiew, Wiktor Niekrasow, Dawir Samoiłow… Jest to piękny pomnik naszego zwycięstwa. Cała ta literatura istnieje i jest w niej fundament prawdy. O wiele trudniej jest obronić się tym utworom, w których są tylko parady zwycięstwa.

— Mówi pan, że przez wiele lat cenzura nie pozwalała mówić prawdy, ukrywała nieprzyjemne epizody – klęski, brak uzbrojenia. Czy to było słuszne? Czy potrzeba promowania patriotyzmu to usprawiedliwiała? Ludzie, którzy nie znali prawdy o wojnie, z pewnością wierzyli, że Stalin był genialnym dowódcą.

— To trudne pytanie. Na przykład, wyczyn panfiłowców…teraz wiem, że on był wyolbrzymiony, ale wtedy to pomagało. Albo wyczyn Matrosowa – to, jak to przedstawiano, było niesłychane. Dział wielkiego kalibru nie można zasłonić własnym ciałem, człowiek od razu upada, tego nie da się zamknąć jakąś klapą. Było jeszcze takie hasło: „piersią obronimy’. A samą piersią nie da się nic zrobić. Pamiętam jednak, że pomagali, podnosili nas na duchu, i panfiłowcy, i Matrosow. Ale były też prawdziwe zdarzenia, jak np. wyczyn Gastello, który swój trafiony przez wroga samolot skierował przez upadkiem na kolumnę wroga. To się naprawdę wydarzyło. Z biegiem czasu pojawiały się różne historie podnoszące nas na duchu i wtedy nie chcieliśmy wdawać się w szczegóły, zastanawiać się, na ile to było prawdą. Takie rzeczy miały dla walczących duże znaczenie. Dlatego mój stosunek do nich jest dość skomplikowany.

Czasem wyolbrzymianie faktów było rzeczą oczywistą. Dało się to zauważyć np. w komunikatach Biura Informacji, które zawsze starało się pokazać jakieś zwycięstwa, choć na tle naszego odwrotu wydawało się jasne, że to tylko pojedyncze przypadki brawury. Ale tak jest na każdej wojnie: klęski próbuje się przedstawiać jako manewry taktyczne. Zdarzały się takie sytuacje, że od razu wszyscy wiedzieliśmy, to, co nam pokazują, to czysta propaganda.

Jeszcze na samym początku wojny Stalin wystąpił publicznie i powiedział, ile milionów Niemców już rozgromiliśmy, zabiliśmy. Podał tak ogromną liczbę, że nie mogliśmy pojąć, o co chodzi. Jak to jest możliwe, skoro oni ciągle stoją przed nami?!

— A gdyby mówiono wam całą prawdę o tym, że nie byliśmy przygotowani do wojny, że nie ma broni, brakuje środków, sił, to co?

— To byłoby bardzo ciężko. Zresztą, co komisarze mogli mówić? Przecież dopiero co mówili, że Niemcom i tak nic się nie uda, że jesteśmy ogromnym krajem, że wygraliśmy w 1812 roku, mieliśmy Suworowa, Dmitrija Dońskiego itd. A gdy wojna już się zaczęła, ważne było zaszczepienie w ludziach nadziei, wiary w późniejszy sukces, której stale brakował. Przez pierwsze miesiące byliśmy stale w odwrocie, w stanie paniki.

„Führer uważał, że jeśli Leningrad zostanie zdobyty, opór załamie się”

— Po raz pierwszy zatrzymaliśmy się w Łudze, nad rzeką. Tam zdołaliśmy zorganizować obronę, obroniliśmy ten odcinek i to miało istotne znaczenie dla obrony Leningradu. Ważne było również to, że obroniliśmy Wzgórza Pułkowskie.
Na moją moje doświadczenie wojny wojnę nałożyła się jeszcze tragedia blokady. Do wszystkiego, co działo się na froncie leningradzkim, doszła jeszcze tragedia ludności cywilnej. Na innych frontach odczuwano to w mniejszym stopniu. Inne miasta oczywiście również ucierpiały, ale Leningrad najbardziej.

— Czy to prawda, że Sobór Św. Izaaka i niektóre inne petersburskie zabytki i budynki były dla mieszkańców miasta symbolami, które ich wzmacniały?

— Tak, to prawda. Gdy schowano jego kopułę, przykrywając ją specjalną nakładką przypominającą wojskowy mundur, to wtedy w sobór niejako również stał się żołnierzem, obrońcą Leningradu. Gdy zajęliśmy nasze pozycje i zaczęło się te 900 dni blokady, to gdyby za naszymi plecami znajdowało się jakieś zwyczajne miasto, byłoby nam o wiele trudniej. Ale za nami był Leningrad, miasto-symbol. Przez binokle widzieliśmy pożary, słupy dymu unoszącego się nad miastem w wyniku faszystowskich bombardowań i wtedy nasze serca biły potwornie szybko, bo to był pożar nie po prostu miasta, lecz dumy Rosji, miasta związanego z imieniem Piotra Wielkiego, z dekabrystami, z Puszkinem, Lermontowem, Gogolem, Dostojewskim…Oni wszyscy uczestniczyli w obronie Leningradu. Wszystko to, co znało się ze szkolnych lat, wtedy ożyło. Bo to było miejsce, w którym koncentrowała się rosyjska historia, literatura, nauka. Historia wszystkich zasług Rosji, zwycięska, piękna.

— Leningrad w tej wojnie był ważniejszym miastem niż Moskwa?

— Tak, przy czym najpierw stał się takim dla Hitlera. On uważał, że to w Leningradzie tkwią korzenie bolszewizmu w planie „Barbarossa” określił to miasto jako najważniejszy cel ataku. Führer uważał, że jeśli Leningrad zostanie zdobyty, nasz opór się załamie.
W historii Wielkiej Wojny Ojczyźnianej były dwa główne punkty oporu: Stalingrad i Leningrad. Stalingrad to opór wojskowy, a Leningrad – duchowy. Opór i armii, i ludności. Wtedy nie wiedzieliśmy, a po wojnie się okazało, że Leningrad inspirował żołnierzy na innych frontach kraju. Wiedziano, że ludzie walczą na śmierć, pomimo głodu, który ukrywano, trudności, straty. Przez 900 dni! Żadne miasto w historii Wielkiej Wojny Ojczyźnianej nie wytrzymało tyle oblężeń! Takie rzeczy, oczywiście, pomagały.

„Stalin nie powiedział nic o zabitych na przyjęciu po zwycięstwie. Nie wspomniał o nich. Nie wypił za nich. Nie było toastu. To niewybaczalne”

— Niedawno podano nową liczbę ofiar poniesionych przez ZSRR w II wojnie światowej – 41 milionów 979 tysięcy ludzi. Co pan o niej sądzi?

— Ta liczba mnie poraziła i ma ona charakterystyczną historię. My boimy się tej liczby, a w każdym razie baliśmy się jej. Przez lata odwracaliśmy się od prawdy, podając inne liczby – 7 mln, 15 mln, 22 mln, 27 mln, 30 mln…Aż tu nagle doszliśmy do 42 milionów i ja wcale nie jestem pewien, czy na tym poprzestaniemy.

Ta wojna wyróżniała się tym, że towarzyszyło jej świadome kłamstwo. Kłamstwo uważano – jak teraz się okazało – za niezbędną obronę przez rozczarowaniem, frustracją. Dlaczego? My czuliśmy, że straty wojenne są o wiele większe. Ale wydaje mi się, że teraz przyszedł czas, gdy można mówić dość otwarcie, nikogo nie martwiąc: ani ludzi, ani dowódców.

Ta liczba wymaga innego podejścia, innej świadomości. Szacowanie liczby ofiar rozpoczęto od 7 milionów i potem stopniowo, dekada za dekadą, doszliśmy do 42 milionów. Zaczęło się to za Stalina, za Chruszczowa podano nowe szacunki, za Breżniewa jeszcze inne i za Jelcyna kolejne. Każdy nowy przywódca trochę tę liczbę zwiększał. Teraz pojawiła się ta porażająca liczba, a to przecież i tak jeszcze nie wszystko, bo mówiąc o ofiarach wojny trzeba uwzględnić też inwalidów, wdowy, sieroty, dzieci dorastające bez ojców. To wszystko składa się na straty wojenne. Ciągle pozostaje coś, czego jeszcze nie policzono.

Cóż to jest 42 miliony ofiar? To nie liczba. Dla tych, którzy przeżyli, to samotność. Ja nie mam z kim obchodzić rocznicy zwycięstwa. Nie ma już pośród żywych nikogo z moich przyjaciół z lat szkolnych i studenckich, nikogo z mojego pułku. Nie tylko z przyczyn naturalnych, lecz i dlatego, że część z nich zginęła na wojnie. Wraz z nimi zginęła część mojej młodości, mojego życia.

Było coś, co poraziło nas wszystkich – fakt, że po wojnie Stalin ani razu nie wzniósł jakiegoś toastu na cześć poległych, nie powiedział czegoś w stylu „chwała im” albo „dziękujemy im za ofiarę ich życia” (może to zrobił, ale nie publicznie). A przecież on wiedział, że zginęło nas nie 7 milionów, tylko znacznie więcej. A mimo to na przyjęciu zorganizowanym po zwycięstwie nie wspomniał o tych ofiarach. Nie wypił za nich. Nie było toastu. To niewybaczalne.

Straciliśmy najlepszą część narodu. To ona szła do ataku. Ona pracowała na tyłach, zajmowała się partyzantką. Pozostali siedzieli w biurach, żyli na prowincji albo zajmowali się szyciem nam szyneli i koszul. Ja ich nie obwiniam. Ale żołnierze również nie są winni. Winni są ci, którzy nie zakładali, że możemy nie wygrać i ciągle powtarzali, że na pewno wygramy, bo przecież „Armia Czerwona jest najsilniejsza ze wszystkich…”. To stąd wzięły się te kolosalne straty.


„Miała nam się także dostać kobieta, ale jedna na dwóch. Bo kobiet przyjeżdżało co najwyżej trzydzieści, a nas był cały batalion!”

— Mamy skażony kod genetyczny. Leningrad potwornie ucierpiał w wyniku blokady i ta ciągle tkwi w jego mieszkańcach i jest przekazywana z pokolenia na pokolenie. Choroby, głód, straszne cierpienia. Męczarnie kobiet.

Opowiem osobistą historię. Nasz batalion stał przed Leningradem – pod Szuszarami. Pewnego razu komisarz powiedział nam, że jutro „przyjadą szefowie”, a z nimi robotnice z fabryki. Dla nas to było wydarzenie. Staliśmy na samym brzegu. One miały przyjść w nocy i w nocy odejść, dlatego staliśmy tak blisko, że ich miało nie być widać, aby w nich, ani w nas nie zaczęli strzelać. Zostaliśmy wcześniej uprzedzeni o wizycie, abyśmy nie jedli kaszy, chleba, ani cukru i mogli je ugościć.

Mieszkałem w ziemiance z moim towarzyszem – technikiem artyleryjskim. I nam również miała się dostać kobieta (fabryka była żeńska, mężczyzn nie było), ale jedna na dwóch. Bo kobiet przyjeżdżało co najwyżej trzydzieści, a nas był cały batalion! Postanowiliśmy losować. Ja wygrałem. Dostałem kobietę. Była stosunkowo młoda, ale już bardzo koścista. Zorganizowałem dla niej gościnę. Oddałem jej dwie porcje, bo mój towarzysz zostawił mi swoją. Siedzimy sobie z nią, rozmawiamy. Gość mi opowiada, co dzieje się w fabryce. A potem widzę, że ona zasypia od jedzenia. Mówię do niej: „Połóż się, pośpij, musisz przecież w nocy iść piechotą do domu. Ona się położyła i mówi do mnie: „Połóż się obok mnie”. Ucieszyłem się, chociaż ona nie wyglądała tak, jak gdyby miała ochotę na miłość. Ale położyłem się i ona zasnęła. I ja leżałem, ogrzewałem ją, a potem po cichutku wstałem i poszedłem do sąsiedniej ziemianki, w której spali chłopacy, którzy nie dostali kobiety.

— Pan to pamiętał przez te wszystkie lata? To wywołało tak silne emocje?

— Ta historia ma swój dalszy ciąg. Było tak: gdy wojna już się skończyła, pewnego razu ta kobieta zadzwoniła do mnie. „Pamięta pan?” – zapytała. A ja na to: „Pamiętam!” To było przecież wydarzenie. Pytam ją: „A skąd znałaś mój numer?” Odpowiedziała: „Dyrektorka naszej fabryki spotkała na jakimś jubileuszu dowódcę pana batalionu, oni zaczęli wspominać i potem dyrektor w fabryce opowiedziała o spotkaniu”. I ta dziewczyna, choć nie była już młodym dziewczęciem, zaczekała aż dyrektorka skończy mówić, a potem podeszła do niej i opowiedziała jej naszą historię. I tamta powiedziała na to: jeśli chcesz, to dowiemy się, czy on żyje i jeśli okaże się, że tak, spróbujemy znaleźć jego numer. Następnie dyrektorka zadzwoniła do dowódcy batalionu, a ja się z nim przyjaźniłem i spotykałem. On dał jej mój telefon i tak mogłem spotkać się z tamtą dziewczyną. Była już odżywiona (śmiech), miała męża i dzieci, a ja byłem żonaty. Ale dobrze nam się rozmawiało.

„Zwycięstwo nam odebrano. Dla Niemców chwalebna była przegrana nie z bosym ZSRR, lecz z Ameryką…”

— Co jest dziś dla pana najważniejsze, gdy myśli pan o wojnie?

— Zwycięstwo nam odebrano. Miałem rozmowę z Helmutem Schmidtem. Zapytałem go: „Dlaczego przegraliście wojnę?” A on mi od razu odpowiedział (miał już gotową odpowiedź, bo był dobrym politykiem, profesjonalnym historykiem, sam walczył, wszystko widział, wszystko wiedział): „Bo USA przystąpiły do wojny”. A przecież Ameryka przystąpiła do wojny późno. Churchill powiedział jeszcze pod koniec 1941 roku: „Przypływ się skończył, zaczął się odpływ”.

Nie mogłem zrozumieć, dlaczego Schmidt tak powiedział, ale potem zrozumiałem: z przegraną z Amerykanami Niemcom o wiele łatwiej było się pogodzić niż z przegraną z ubogim, bosym Związkiem Radzieckim. A potem podchwyciła to amerykańska propaganda i spowodowała, że na Zachodzie wszyscy zaczęli to powtarzać i nawet wpisano to do podręczników szkolnych. A przecież ta teoria jest niesprawiedliwa, nieprzyzwoita. Ludzkość powinna być nam wdzięczna za zwycięstwo, za pokonanie faszyzmy. Oczywiście, historia zostanie poprawiona, ale to wymaga czasu. Jeszcze kilka pokoleń będzie żyć i już żyje z taką historią, jaką mamy teraz.

„Daniilu Aleksandrowiczu, a ilu ludzi pan zabił?”

Zapytałem więc Helmuta Schmidta „dlaczego oni przegrali”, ale jest też inne pytanie: „Dlaczego my wygraliśmy”? I w tym też widzę dużo niejasności. Kiedyś poproszono mnie, abym poopowiadał o wojnie w szkole. Nagle wstaje pewna ośmioletnia dziewczynka i zadaje mi pytanie: „Daniilu Aleksandrowiczu, a ilu ludzi pan zabił?” I wtedy zdałem sobie sprawę, że ci młodzi ludzie całkowicie inaczej patrzą na tę wojnę, że można też zadać pytanie: „A ilu ludzi pan zabił?” Nie Niemców, nie przeciwników, lecz ludzi. Rozumiesz? Ilu ludzi pan zabił? Odpowiedziałem jej: „Ja zabijałem przeciwników”.

Tłum. Katarzyna Chimiak

Tekst oryginalny: https://www.novayagazeta.ru/articles/2017/05/08/72394-chto-takoe-42-milliona-pogibshih-eto-ne-tsifra-eto-odinochestvo?utm_source=push