“Siedem milionów ofiar Stalin wziął głowy”. Jaka była prawdziwa skala strat wojennych ZSRR?

Nowaja Gazieta, 4 kwietnia 2017


14 marca na debacie w Dumie Państwowej poświęconej wychowaniu patriotycznemu zaprezentowano wykład, w którym powołując się na „odtajnione dane” ogłoszono nową liczbę strat Związku Radzieckiego w wyniku Wielkiej Wojny Ojczyźnianej: ok. 42 miliony ludzi. Skąd wzięła się ta liczba opowiedział w wywiadzie dla Nowej Gaziety doktor nauk historycznych Borys Sokołow, od dawna zajmujący się zagadnieniem strat wojennych w XX wieku. Wywiad przeprowadził Paweł Gutionow.

— Borysie Wadimowiczu, w swoich badaniach przytacza pan obliczenia, na podstawie których formułuje pan podobne szacunki dotyczące ogólnej liczby strat Związku Radzieckiego co autorzy raportu zaprezentowanego w Dumie. Zacznijmy jednak od przypomnienia, jakie liczby podawano wcześniej: Stalin stwierdził, że Związek Radziecki stracił 7 milionów ludzi, Chruszczow, że 20, a za Jelcyna liczba ta wzrosła do 27…I za każdym razem mówiono nam, że są to szacunki oparte na nowych, dokładniejszych danych. Jak można wyjaśnić te „korekty”?

— Stalin w ogóle nie znał realnych strat, liczbę 7 milionów wziął po prostu z głowy. „Korzenie” 20 milionów tkwią w niemieckim zbiorze „Bilans II wojny światowej” [oryg. Bilanz Des Zweiten Weltkrieges: Erkenntnisse und Verpflichtungen Für Die Zukunft, Oldenburg 1953]. Był tam artykuł niemieckiego lekarza Helmuta Arndta p.t. „Straty ludzie w II wojnie światowej”, ale podana tam liczba została obliczona w sposób po prostu śmieszny: jako podstawę przyjęto dane „pułkownika Kalinowa”: 8,5 zabitych, 2,5 zmarłych z powodu ran i 2,6 zmarłych w niewoli. To daje 13,6 mln i do tego dodano jeszcze stalinowskie 7 mln (które jednak w tym przypadku kwalifikowano wyłącznie jako straty cywilne). I tak otrzymano 20 milionów. To stąd Chruszczow wziął tę liczbę.

Ale sęk w tym, że „Kalinow” to postać zmyślona. Miał to być jakoby radziecki pułkownik, który uciekł z Berlina na Zachód. W rzeczywistości jego książka „Radzieccy marszałkowie mówią” [oryg. Sowjetmarschälle haben das Wort, Hamburg 1950] to dzieło dwóch emigrantów, Grigorija Biesedowskiego i Kiryła Pomerancewa. Na cześć Pomerancewa, którego zwano Kirył Dmitrijewicz „Kalinowa” nazywano Kiryłem Dmitrijewiczem. A zatem, powtarzam, liczba 20 milionów to szacunek Pomerancewa i Biesedowskiego.

A co się tyczy 27 milionów, to tę liczbę osiągnięto tak: z 194 mln, czyli ogólnej liczbę ludności Związku Radzieckiego według danych Centralnego Urzędu Statystycznego, odjęto powojenne 167 mln, a liczbę 167 otrzymano ekstrapolując wstecz dane ze spisu z 1959 roku.

Ale przecież te, jak pan mówi, „wzięte z sufitu” liczby cytowali zawodowi historycy wojskowości. Czyżby nie mieli świadomości, jak je otrzymano? Czy można mówić, że ktoś świadomie kłamał czy też ci wszyscy historycy działali w dobrej wierze, ale dali się zwieść, powtarzając po prostu cudzy błąd?

— Mniej lub bardziej profesjonalni historycy wojskowości rozumieli, że liczba strat, a zwłaszcza strat Armii Czerwonej jest wielokrotnie zaniżona. Ale aż do nastania epoki głasnosti w Związku Radzieckim nie mogli mówić o tym publicznie.
Co się tyczy ostatniej oficjalnej liczby strat — 26,6 mln poległych, w tym 8,6 mln żołnierzy, którą podano w książce p.t. „Klauzulę tajności zdjęto” [oryg. Гриф секретности снят: потери Вооруженных Сил СССР в войнах, боевых действиях и военных конфликтах : статистическое исследование, Moskwa 1993], to autorzy tego opracowania na czele z Grigorijem Kriwosziejewem od początku mieli jedno główne zadanie: minimalizować straty radzieckich sił zbrojnych i metodą różnego rodzaju statystycznych sztuczek sprawić, aby były one zbliżone do strat Wehrmachtu. Niestety, niektórzy historycy i demografowie, ludzie, jak się zdaje, całkowicie demokratycznych przekonań, w prywatnych rozmowach dawali do zrozumienia, że z uwagi na potrzebę szerzenia patriotyzmu wśród młodzieży nie można ujawnić prawdziwej skali strat wojennych.

— A czy w ogóle da się teraz ustalić dokładną liczbę strat poniesionych w wyniku wojny, która zakończyła się ponad 70 lat temu? Albo przynajmniej taką liczbę, na którą nie można by tak po prostu machnąć ręką?

Według moich obliczeń straty naszych sił zbrojnych wyniosły gdzieś około 26,9 mln poległych, a to, nawiasem mówiąc, obejmuje i tych radzieckich wojskowych, którzy zginęli później, walcząc w szeregach Wehrmachtu, SS, służąc w policji, walcząc w oddziałach partyzanckich albo po prostu zmarłych na choroby i z innych przyczyn już po wyzwoleniu z łagrów, ale jeszcze przed wyzwoleniem okupowanego terytorium przez Armię Czerwoną. Ich łączną liczbę ja szacują na 700 tysięcy ludzi. Co się tyczy strat ludności cywilnej, to wedle moich obliczeń było to gdzieś od 13,2 do 14 milionów. A łącznie Związek Radziecki stracił od 40,1 do 40,9 milionów ludzi.

Co do strat wojskowych, to ja sądzę, że są to wystarczająco wiarygodne dane. Natomiast wszystkie dane dotyczące ludności cywilnej są czysto szacunkowe i tu liczba może być trochę niższa, to wszystko zależy od tego, jak szacujemy liczbę ludności na początku wojny i pod jej koniec. Swoją metodologię szacowania strat wyłożyłem szczegółowo w niedawno opublikowanej książce „Cena wojny” i do niej odsyłam wszystkich, których interesują szczegóły.

A co danych ogłoszonych na debacie w Dumie Państwowej, to są one bliskie moim obliczeniom, jeśli chodzi o ocenę łącznych strat, ale znacznie zaniżono straty armii. Czyli, wedle moich obliczeń, straty armii wyniosły nie 19 milionów, lecz około 27. Sądzę, że podstawą szacunków autorów raportu [zaprezentowanego w Dumie] były obliczenia badacza Igora Iwlewa (opublikowano je na stronie Soldat.ru). Wcześniej miał on trzy warianty obliczeń i jednym z nich było szacowanie w oparciu o liczbę unikalnych ogłoszeń pogrzebowych w obwodzie archangielskim – w rezultacie otrzymano dane, które po niezbędnej korekcie praktycznie w pełni zbiegły się z moimi obliczeniami – u mnie straty armii wyniosły 26,9 mln, a u Iwlewa – 26,99 mln.

Ale autorzy raportu (w Dumie) woleli wziąć ostatni wariant jego szacunków strat – 19,4 mln wojskowych i około 23,5 mln ludności cywilnej. Ostatnia liczba jest moim zdaniem mocno zawyżona. Iwlew wykorzystał szacunki liczby ludności ZSRR przeprowadzone przez Gosplan [Państwowy Komitet Planowania Rady Ministrów ZSRR – przyp. tłum.] w lipcu 1945 roku. Ale one wtedy nie mogły być dokładne, ponieważ trwały znaczne transfery ludności wywołane przez wojnę. Generalnie rzecz biorąc, sądzę, że straty wojskowe w wysokości 26,9 mln to najbardziej wiarygodna liczba, a straty cywilne były znacznie mniejsze niż 23,5 mln.

— Mówi pan, że straty wojskowe można określić dość wiarygodnie. Ale na ile można ufać naszym dokumentom statystycznym?

— Swego czasu, w maju 1993 roku, generał Wołkogonow, doradca Jelcyna, opublikował dane o bezpowrotnych stratach Armii Czerwonej w 1942 roku z rozbiciem na miesiące. W książce byłego szefa Głównego Zarządu Wojskowo-Sanitarnego Armii Czerwonej Jefima Smirnow przedstawiono miesięczną dynamikę liczby rannych za cały okres wojny w procentach od średniomiesięcznego wskaźnika.

Ja ustaliłem, w jakim miesiącu 1942 roku Armia Czerwona prawie nie miała strat w postaci jeńców. Był to listopad. Wtedy Niemcy wzięli do niewoli tylko 10 tysięcy żołnierzy Armii Czerwonej, co stanowiło najniższy wskaźnik za rok 1942 (dla porównania, w grudniu Niemcy wzięli do niewoli 50 tysięcy). Listopadową liczbę bezpowrotnych strat porównałem z liczbą rannych z listopada. Wyszło mi, że na jeden procent rannych przypadało mniej więcej 5000 poległych. Następnie ekstrapolowałem tę liczbę na całą wojnę i otrzymałem ok. 23 miliony. Do tego dodałem jeszcze inne liczby: zmarłych z powodu chorób i nieszczęśliwych wypadków, rozstrzelanych przez trybunały i jeszcze 4 miliony zmarłych w niewoli. W sumie wyszło 26,9 mln ludzi.

Niemcy tracili średnio 10 razy mniej żołnierzy niż Armia Czerwona. Gdy porównywałem radzieckie i niemieckie straty według poszczególnych jednostek, ta dysproporcja była jeszcze większa. Ponieważ, na przykład, jeden pułk pod Leningradem, 2 komunistyczny szturmowy, w ciągu jednego dnia, 9 listopada 1941 roku, stracił więcej niż cała 17 armia niemiecka, która oblegała Leningrad: w ciągu 10 dni, od 1 do 10 listopada straciła ona tylko 818 ludzi. Albo pod Kerczem jeden batalion radziecki 12 brygady strzeleckiej, atakując, 9 kwietnia 1942 roku stracił 600 ludzi z 800. Cała armia Mansteina w ciągu 10 dni, od 1 do 10 kwietnia straciła niewiele więcej ludzi – 914.

I takich przykładów mogę przytoczyć masę, z podobnym stosunkiem strat. A zaniżano straty po to, aby uczynić je zbliżonymi do strat niemieckiej armii, które z kolei ostro zawyżano. Niemieckie straty według radzieckich doniesień to w ogóle bajka. Liczbę jeńców zawyżano tam kilkudziesięciokrotnie. Na przykład, Front Południowy, nacierając na rzekę Mius na 6 niemiecką armię powiadomił o wzięciu do niewoli 5100 Niemców w okresie od 18 do 31 sierpnia 1943 roku. Ale w okresie od 11 do 31 sierpnia 6 armia niemiecka straciła bezpowrotnie tylko 367 żołnierzy, z których część z pewnością zginęła, a nie trafiła do niewoli.

— Proszę powiedzieć, a czy nie ma w jakichś nieznanych magazynach dokumenty, które ktoś do dziś ukrywa i jak je ujawni, to zakończy to wszystkie spory? Jeśli takie dokumenty są, to gdzie są przechowywane, w jakim urzędzie?

— Takich dokumentów nie ma. Teoretycznie można wziąć dzienniki pułkowe, w których zapisywano imienne straty, i spróbować na tej podstawie podliczyć wszystkich poległych. Ale tych dzienników zachowała się mniej więcej połowa za cały okres wojny. I to też byłby szacunek oparty na częściowych danych i zależałby on od tego, jakie metody i jakie założenia przyjąłby ten czy inny badacz. Takiego dokumentu, który by wszystko wyjaśnił, nie ma, w żadnym archiwum.

— A jednak. Skąd takie ogromne liczby? Czy żołnierze nie umieli walczyć? Generałowie nie umieli dowodzić? Sprzęt był nieodpowiedni?

— Mamy tu do czynienia ze skomplikowanym problemem, moim zdaniem. Z jednej strony, Stalin zawsze obawiał się profesjonalnej armii, wygodniej było mu walczyć z niewyszkolonymi gwardzistami, ponieważ profesjonalna armia mogła wydać z siebie Bonapartego. Jedyne, czego on się bał, to nowy Bonaparte.
Z drugiej strony, cena ludzkiego życia była w systemie radzieckim bardzo niska i bardzo niski był też poziom szkolenia zarówno żołnierzy, jak i oficerów. Z mojego punktu widzenia wynikało to z tego, że, na przykład, niemieckiego lub amerykańskiego żołnierza można było przekonać, że jeśli będzie pilnie służyć w armii w czasie pokoju, zacznie zwiększy swoje szanse na awans w czasie wojny. Radzieckiego żołnierza przekonać do tego praktycznie się nie dało, ponieważ on mógł wątpić, czy komukolwiek na czele z jego dowódcą będzie zależeć na jego ocaleniu. Dlatego w czasie pokoju niezbyt przykładano się do służby i w związku z tym poziom przygotowania wojskowego Armii Czerwonej w 1936, 1939 czy 1945 roku znacznie ustępował przygotowaniu Niemców. To dotyczy i generałów, i marszałków, i poruczników, i szeregowców.

To, co pan teraz mówi, nieuchronnie wywoła wściekłe oskarżenia o próbę zdyskredytowania historii kraju i jego bohaterów. W ogóle, powiedzą nam, czy warto zapominać, KTO ostatecznie zwyciężył i CZYJA flaga została powieszona na szczycie Reichstagu.

— Nikt oczywiście nie wyklucza Związku Radzieckiego z grona zwycięzców. Ale nie należy zapominać, jaką ceną okupiono zwycięstwo. I trzeba pamiętać o tym, że Stalin, jak i Hitler, ponosi odpowiedzialność za rozpętanie II wojny światowej. Bez paktu Ribbentrop-Mołotow nie byłoby jej.

— Zaledwie wzmianka o ofiarach i przyczynach, z powodu których te ofiary poniesiono, traktowana jest dziś jako przejaw antypatriotyzmu. Próbuje się nas przekonać, że rzuca to cień na wyczyn narodu. Wszystkie kiedyś wykreowane propagandowe mity ogłasza się czymś świętym i wszelka próba poddania tych mitów weryfikacji na prawdziwość wywołuje absolutnie nieadekwatną reakcję. Co trzeba zrobić, aby sytuacja się zmieniła?
Pozwolę sobie na dłuższy cytat z pana książki p.t. „Cena wojny”. Przytacza pan relację byłego dyrektora Muzeum Obrony Carycynu-Stalingradu Andrieja Michajłowicza Borodina: „Pierwsza i ostatnia próba ustalenia skali naszych strat w bitwie pod Stalingradem została podjęta na początku lat 1960. Jewgenij Wuczeticz chciał, aby na Kurhanie Mamaja zostały wybite nazwiska wszystkich żołnierzy i oficerów poległych w bitwie stalingradzkiej. On myślał, że to jest w zasadzie możliwe i poprosił nie o sporządzenie pełnej listy. Ja chętnie podjąłem się pomocy, komitet obwodowy [partii komunistycznej – przyp. tłum.] zwolnił mnie z wszelkiej innej pracy. Udałem się do archiwum w Podolsku [Centralne Archiwum Ministerstwa Obrony Związku Radzieckiego, obecnie Centralne Archiwum Ministerstwa Obrony Federacji Rosyjskiej – przyp. tłum.], do Biura Strat Sztabu Generalnego. Generał-major kierujący wówczas tym biurem powiedział, że takie zadanie postawił już przed nim sekretarz Komitetu Centralnego Kozłow. Po roku pracy wezwał on generała i zapytał o rezultaty. Gdy dowiedział się, że doliczono się już 2 mln poległych, a pracy jest jeszcze na wiele miesięcy, powiedział: „Wystarczy!” I prace przerwano. Zapytałem wtedy tego generała: „To ilu żołnierze straciliśmy pod Stalingradem, przynajmniej mniej więcej?” „Ja panu nie powiem”. Przed oczami mam raporty rzuconych w bój jednostek. Tylko płakać…Pułki znikały razem ze sztabami i wszystkimi dokumentami. W ciągu trzech dni zginęło wiele dywizji. Nie, żaden badacz nie ustali skali naszych strat. Nie pozwolono nam pojąć tego koszmaru”.
Co można zrobić, aby wykluczyć powtórzenie się podobnego koszmaru?

— Bez ustanowienia w kraju demokratycznego ustroju politycznego nic nie uda się naprawić. Ale nawet wtedy powinno minąć 10-15 lat, jeśli mówić tylko o przygotowaniu armii. Czyli dopóki nie nastąpi przemiana pokoleniowa w kadrach dowódczych. Ale to jest możliwe tylko pod warunkiem jeśli, powtarzam, w kraju ustanowiony zostanie demokratyczny reżim. A jeśli będzie autorytarny, choćby umiarkowany, wszelkie reform raczej nie przyniosą potrzebnego rezultatu.

— A jednak. Opublikowaliśmy notatkę, w której przytoczyliśmy liczbę z referatu wygłoszonego na debacie w Dumie. I od razu pojawiły się reakcje typu: trzeba było zrobić jak Europa i nie stawiać oporu Hitlerowi…

— Sądzę, że gdyby w 1939 roku Stalin poszedł na współpracę z zachodnimi demokracjami, II wojny światowej w ogóle by nie było. Ale Stalin dążył do jej rozpętania i najbardziej zależało mu oczywiście na pakcie z Hitlerem. A te wszystkie straty go nie martwiły, bo o nich nie wiedział. Najważniejsze było dla niego zwycięstwo, a to, jaką ceną je osiągnięto, stanowiło kwestię wtórną.

— Czymże więc była Wielka Wojna Ojczyźniana – największą tragedią w historii kraju czy szczytem jego osiągnięć, powodem do kolosalnej dumy? Jak powinniśmy obchodzić 9 maja? Nawiasem mówiąc, nic z moich znajomych frontowików [żołnierzy uczestniczących w bezpośrednich starciach wojennych, na froncie – przyp. tłum.], którzy robili mi zaszczyt zapraszając mnie do wypicia z nimi z tej okazji kieliszka wódki, nigdy tego dnia nie świętowali. Na pewno dzień zakończenia wojny był wielkim świętem w 1945 roku. Ale jak pan powiedział, w słowie POBIEDA cztery szóste to jednak BIEDA…

— Moim zdaniem była to oczywiście największa tragedia. Związek Radziecki stracił jedną piątą ludności – więcej niż wszyscy uczestnicy II wojny światowej razem wzięci. I oczywiście nie jest to powód do dumy, gdy nasz batalion w ciągu jednego dnia traci tyle samo żołnierzy co cała niemiecka armia przez dziesięć dni. Było to swego rodzaju osiągnięciu, ale nie warto być z niego dumnym. Jestem więc przekonany, że dzień 9 maja, jak również dzień 22 czerwca należy obchodzić cicho i skromnie, wznosząc kieliszek wódki na cześć dziesiątków milionów poległych…

Tłum. Katarzyna Chimiak

Tekst oryginalny: https://www.novayagazeta.ru/articles/2017/04/05/72036-sem-millionov-pogibshih-stalin-vzyal-iz-golovy