Myślicie „Putin”, mówicie „Rosja” – to tylko pomaga umacniać reżim

Anastazja Siergiejewa

Praktycznie na każdym wydarzeniu, którego tematem jest sytuacja w Rosji lub to, jak powinno się reagować na kolejne działania Putina wobec państw europejskich, muszę zwracać mówcom uwagę, że mówiąc o polityce Putina nie należy określać jej „polityką Rosji” ani tym bardziej „polityką Rosjan” i za każdym razem spotyka się to z niezrozumieniem i zdziwieniem. Dlatego postanowiłam specjalnie wyjaśnić, dlaczego takie rozróżnianie ważne jest nie tylko dla nas, Rosjan mieszkających w Europie i należących do diaspory „wolnych Rosjan”, lecz i dla Europejczyków – polityków, ekspertów oraz zwykłych mieszańców krajów europejskich.

17 lat temu do władzy w Rosji doszedł Władimir Putin. Stało się tak dzięki porozumieniu elit, wzmocnionemu za pomocą pieniędzy oligarchów i służb specjalnych. Pieniądze wydane na wykreowanie wizerunku jego wizerunku jako młodego i aktywnego polityka oraz działania służb specjalnych pomogły przekonać Rosjan, że Putin to najlepszy możliwy kandydat na prezydenta Rosji. W ciągu kolejnych czterech lat składających się na jego pierwszą kadencję Putin sukcesywnie zdradzał wszystkich, którzy zainwestowali w jego zwycięstwo. Złamał zobowiązania wobec wszystkich członków porozumienia i oszukał Rosjan. Razem ze swoją bandą krok po krok przejmował różne sfery życia politycznego, gospodarczego, bogactwa narodowe, media i aktywa ekonomiczne należące do wielkich oligarchów i mniejszych biznesmenów, a także uzyskał pełną kontrolę nad różnymi instytucjami państwowymi, strukturami siłowymi, sferą edukacji, nauki i kultury. To samo spotkało firmy zajmujące się wydobywaniem ropy naftowej (zarówno państwowe, jak i prywatne) i inne zasoby naturalne stanowiące dla Rosji główne źródło dochodu i finansowania rozwoju i doganiającej modernizacji.

Rok po roku Putin i jego banda przejmowali coraz to nowe części Rosji, sprzedawali wszystkie jej zasoby do Europy, a zyski inwestowali w aktywa na Zachodzie i z pomocą europejskich “przyjaciół i partnerów” podkupywali Europę. Zabrali pieniądze mi i moim współobywatelom, a za uzyskane środki kupowali dziennikarzy i ekspertów, aby móc skutecznie oszukiwać Rosjan propagandą. Wydawali te pieniądze, aby oskarżać moich przyjaciół i kolegów z ruchu demokratycznego o szpiegostwo i pracę przeciwko własnemu krajowi. Wydawali te pieniądze, aby kreować wrażenie legalności sfałszowanych wyborów i autentyczności politycznych dyskusji w marionetkowej Dumie. Doprowadzili rosyjskie społeczeństwo do takiego stanu, że w warunkach pełnego braku sfery polityki publicznej Rosjanie niemal utracili polityczną wolę i nigdy nie wypracowali w sobie nawyku oddolnej aktywności politycznej aż w końcu utracili zdolność do krytycznego myślenia.
Teraz widzimy, jak opłakane są rezultaty siedemnastoletniego tolerowania bandy złodziei, którzy dostali w swe ręce jedno z największych państw świata i guzik do bomby atomowej. Nazwać Rosję krajem demokratycznym z rozwiniętymi instytucjami społeczeństwa obywatelskiego i wolnymi mediami nie ośmieliliby się dziś nawet obrońcy Putina. Co więcej, w oficjalnej retoryce Putina i jego ludzi podważana jest sama idea demokratycznej reprezentacji..

Narzuca się pytanie, dlaczego europejscy eksperci i politycy tak często stawiają znak równości między Putinem i jego bandą a całą Rosją i wszystkimi Rosjanami? Przecież ci sami ludzie nie mówią „Białorusini” odnosząc się do działań Łukaszenki. Nie mówili w 2013 roku: „Ukraińcy wycofali się z zamiaru podpisania umowy stowarzyszeniowej z Unią Europejską”. Nie mówią „Syryjczycy” opisując działania Asada. A czymże różni się sytuacja w Rosji od sytuacji w Białorusi? Czy reakcja Ukraińców na decyzję Janukowycza byłaby tak szybka i zdecydowana, gdyby wszystkie europejskie media pisały stale w nagłówkach „Ukraińcy” zamiast „Janukowycz”? Czy Syryjczycy czuliby wsparcie całego cywilizowanego świata, gdyby eksperci mówili o „polityce Syrii” zamiast „o działaniach Asada”? Sądzę, że odpowiedzi na te pytania są oczywiste.

Wiem, co będzie głównym kontrargumentem przeciwko tym moim uwagom: sondaże ilościowe pokazują, że 86% Rosjan popiera Putina, a także popierało w 2014 roku włączenie Krymu do Rosji. O tym, jak zawodne są sondaże ilościowe w reżimach autorytarnych i jak stają się one instrumentem propagandy napisano już dość wiele. Mogę tylko do tego dodać, że nawet jeśli zaufamy tym sondażom, to przecież te pozostałe 15-20% otwartej opozycji wobec Putina to i tak co najmniej ok. 10 mln ludzi – tyle, co nieduży europejski kraj. Jestem poza tym pewna, że spośród tych 80-86% popierających teoretycznie reżim Putina tylko ok. 1/10 byłaby gotowa wychodzić na ulice w jego obronie i nikt nie chciałby za niego umierać. Wiem też dobrze, że większość z tych 86% natychmiast przestanie go popierać jak tylko poczuje, że Rosja może wybrać inną drogę, której teraz nie pozwala się nam zobaczyć.

Rosyjski ruch demokratyczny działa dziś w takich realiach, że każdego dnia trzeba udowadniać, że ruch ten istnieje i może coś zdziałać. Trzeba to udowadniać sobie i swym ideowym sojusznikom, którzy tracą wiarę i wypalają się. Trzeba to udowadniać Rosjanom, którym rządowa propaganda wmawia stale, mając do dyspozycji nieporównanie większe środki niż my, że wszyscy bojownicy o demokrację i prawa człowieka to „szpiedzy Zachodu” i sprzedawczycy działający za pieniądze wrogów. Ale najbardziej demotywujące jest to, że trzeba to udowadniać także europejskim partnerom i, wydawałoby się, przyjaciołom. Zamiast po przyjacielsku wesprzeć nas na duchu i tchnąć w nas wiarę we własne siły, europejscy politycy, eksperci i dziennikarze powtarzają, że rządy Putina są prawomocne, a Rosja i Rosjanie to jedno i to samo co Putin i jego przyjaciele. Wygląda to paradoksalnie, ale przesławny, propagandowy wskaźnik – 86% poparcia dla Putina w Rosji – hipnotyzuje wszystkich mądrych i krytycznie myślących ludzi w Europie i sprawia, że niczym myszki za fletem idą pokornie pokłonić się Putinowi i przyznać, że jest on prawomocnym, demokratycznie wybranym przywódcą i przedstawicielem Rosjan. A przecież ci sami ludzie jakoś są w stanie rozróżniać między Łukaszenką a resztą Białorusinów i nie uznają go za demokratycznego lidera, pomimo tego, że według sondaży popiera go 97% jego rodaków. Ci sami ludzie jakoś nie czynią znaku równości między kierownictwem środkowoazjatyckich dyktatur a mieszkańcami tych krajów. I tak samo, banalną zmianą retoryki, ci sami luzie mogliby okazać ogromne wsparcie setkom tysięcy rosyjskich aktywistów.

Mówmy „Putin”, a nie „Rosja”, gdy mowa jest o polityce i stanowisku Putina. Przestańmy mówić o „rosyjskiej propagandzie”, „rosyjskiej agresji” i „Rosjanach stanowiących zagrożenie”. Miliony Rosjan nie chcą być zagrożeniem. Oni nie są właścicielami holdingów medialnych i nie mogą na nie wpłynąć, a słysząc jak zrównuje się ich z Putinem tracą wiarę w siebie i chęć do działania. W ciągu ostatnich 17 lat odebrano im wszystko: zasoby naturalne, pieniądze, wolność, poczucie dumy z własnego kraju, możliwość rozwoju i twórczości. Odbiera się im też prawo do wykształcenia i leczenia, a nawet drogi i domy. Nie mają oni choćby maleńkiej nadziei na to, że gdzieś jest ktoś, kto im współczuje. Mają poczucie, że nikogo nie obchodzą. Jaka tu może być rewolucja? Jaki protest? Co on zmieni, jeśli dla wszystkich na tym świecie jest obojętne, co będzie z setką milionów Rosjan?

Nasze stereotypy tkwią w nas głęboko i zawsze bardzo trudno jest się przyznać, że zniekształcają one rzeczywistość niczym krzywe zwierciadło, pokazując nam płaski i wykrzywiony obraz świata. Ale jeśli zmusimy się do odejścia od nich, jeśli przestaniemy myśleć według starych kalek i nawyków, to może i świat wokół nas stanie się inny. I być może nie będzie trzeba już walczyć z iluzorycznymi zagrożeniami i okaże się, że można znaleźć wiarygodnych partnerów do walki z prawdziwymi zagrożeniami.

Anastazja Siergiejewa jest politolożką, absolwentką Państwowego Uniwersytetu w Sankt Petersburgu. W latach 2007-2015 pracowała w Międzynarodowym Instytucie Republikańskim (International Republican Institute). Ma doświadczenie w realizacji kampanii społecznych, badań opinii publicznej, szkoleń liderów. Była liderką organizacji młodzieżowej „Oborona” i prowadziła programy dla młodych liderów w regionach rosyjskich. Członkini Stowarzyszenia „Za Wolną Rosję”.

Tłum. Katarzyna Chimiak