Nadzieje, ryzyko i żadnych gwarancji

Członkini zarządu stowarzyszenia „Za Wolną Rosję” Walentyna Czubarowa wyjaśnia, dlaczego popiera Aleksieja Nawalnego, choć odnosi się do niego krytycznie.

Moskwa, 14 maja 2017 r. Aleksiej Nawalny mówi swojemu synowi Zacharowi, żeby nie płakał. Pomimo protestów Julii Galiaminy, jednej z organizatorek wiecu przeciwko planowi wyburzania tzw. chruszczowek, rodzinę Nawalnych wyprowadzono z wiecu/ Jewgenij Feldman dla projektu „To Nawalny”

O, super, jak dużo ludzi! – mówię mojemu białoruskiemu przyjacielowi, z którym przyszłam na akcję protestacyjną w Moskwie. Zdarzenie to miało miejsce w 2006 roku.

Dużo?! – dziwi się on, – przecież tu jest góra 200-300 osób, nawet u nas w Mińsku na protesty przychodzi znacznie więcej osób. Jaki sens ma w ogóle robienie wiecu dla 200 osób?

Zastanawiam się przez chwilę. Dysydenckie przekonanie, że sprawa jest beznadziejna i robić coś trzeba po prostu dlatego, że nie można nie robić nic, tak głęboko wryło się w moją świadomość, że odpowiedź na proste pytanie nie przyszła mi do głowy od razu.

Chodzi o to, żeby zablokować miejsce. Żeby gdy inni się obudzą, mieli w ogóle dokąd przychodzić.

***

Trudno powiedzieć, na ile wtedy wierzyłam w to, że ktoś się obudzi. Opozycyjna akcja, w której biorą udział dziesiątki tysięcy ludzi w Moskwie i w Petersburgu i jeszcze setki i tysiące w różnych miastach w całej Rosji wydawała się chyba wtedy czymś równie nieprawdopodobnym co dymisja Putina. Przecież w połowie lat dwutysięcznych stanowiliśmy absolutny margines – znalezienie ideowego sojusznika pośród tłumów patrzących na nas ze zdziwieniem i kpiną wydawało się cudem. Przy czym najczęściej byli to tylko „teoretyczni” sojusznicy, niegotowi przyjść na żadną akcję, nawet uzgodnioną z władzami i dotyczącą najmniej kontrowersyjnego tematu z możliwych.

Dlatego uważam, że to, co dzieje się w Rosji teraz, należy uznać za przełomowe zwycięstwo. Z nieciekawej dla nikogo rozrywki „miejskich wariatów” protest stał się czymś modnym – dyskutuje się o nim w apolitycznych (do niedawna) kręgach, władze już nie mogą go przemilczać i zmuszone są zwalczać go propagandowo, zauważono go na Zachodzie.

To nie tylko ogromny krok na drodze do końca obecnego reżimu i pewna szansa, że koniec ten obędzie się bez rozlewu krwi. To wartość sama w sobie: powinniśmy przecież nie zapominać, że najważniejsze jest nie to, kto będzie prezydentem, lecz czy pojawi się u nas dojrzałe społeczeństwo obywatelskie, które będzie go kontrolować, pomoże przeprowadzić głębokie reformy i zachowa poczucie odpowiedzialności za kraj po zwycięstwie.

Oczywiście, radość z tego, że w protestach uczestniczy wiele osób, szybko zderza się z dużą liczbą „ale”: niektóre z nich aktualne są tylko w Runecie, inne niepokoją również obserwatorów z zewnątrz, którzy z jednej strony popierają „wszystko, co dobre” w Rosji, ale z drugiej nie bardzo wierzą w możliwość nastania owego dobra i z podejrzliwością lub sceptycyzmem odnoszą się do wszystkich wiadomości, które niby powinny ich cieszyć.

Wiele obaw wywołuje postać Aleksieja Nawalnego. Z perspektywy Ukrainy i Zachodu najważniejsza z nich wiąże się z jego stanowiskiem co do losu Krymu: uznając jego „przyłączenie” do Rosji za aneksję Nawalny równocześnie nie obiecuje, że jeśli dojdzie do władzy, odda półwysep Ukrainie, lecz proponuje zamiast tego przeprowadzenie nowego referendum (pod jurysdykcją Rosji), które powinno jakoby odzwierciedlić prawdziwą wolę mieszkańców Krymu.

Dla mnie osobiście, jak i dla wielu moich ideowych sojuszników, jest to stanowisko nieakceptowalne, ale nie o to teraz chodzi. Niektórzy zachodni obserwatorzy popełniają moim zdaniem błąd postrzegając obecne protesty w Rosji jako ruch poparcia dla Nawalnego i jego poglądów. W rzeczywistości jest on często krytykowany wewnątrz rosyjskiej opozycji: oprócz kwestii Krymu dużo wątpliwości budzi też jego ideologia i taktyka. Jeśli odrzucić komentarze skrajnie agresywne („Nawalny to wspólnik Kremla, ani o jotę nie lepszy od Putina” i „Nawalny to idealny lider i wszelka krytyka pod jego adresem jest pomaganiem Kremlowi”), jest to spór bardzo ważny i konstruktywny, w moim kręgu toczący się już od dość dawna. Jednak nie zawsze jest to właśnie spór: dla mnie i wielu moich znajomych chodzi o samodzielne ważenie argumentów „za” i „przeciw”, uważne obserwowanie dojrzewającego polityka i nieustanne korygowanie własnych ocen. Były jednak obawy, że nowa fala protestu to ludzie, którzy wyszli na ulice i place swoich miast właśnie „za Nawalnego” i gotowi są podzielać jego poglądy we wszystkim bez żadnych zbędnych refleksji. Ale im dłużej ten protest trwa, tym bardziej staje się jasne, że duża część jego uczestników to świadomi ludzie z własnymi wyobrażeniami na temat sytuacji w kraju i jego przyszłości, zaś Nawalny to przede wszystkim człowiek, który dotarł do nich i dał im nadzieję na zmiany.

Czy istnieje możliwość, że gdy Nawalny dojdzie do władzy, okaże się imperialistą w polityce zagranicznej i autorytarnym liderem konserwatywnego skrzydła w polityce wewnętrznej? Jest (w tym miejscu część moich znajomych się oburzy). Czy oznacza to, że właśnie tego chcą uczestnicy protestów i dlatego protesty te są niebezpieczne lub mogą doprowadzić jedynie do zamiany szydła na mydło? Nie (w tym miejscu gniewnie potrząśnie głową druga część moich znajomych).

Wbrew stereotypowi o tym, że Rosjanie kochają, jak rządzi się nimi silną ręką i skłonni są do kultu jednostki, nawet sześcioklasista mówił na wiecu 26 marca o tym, że ważne jest nie to, kto będzie prezydentem, lecz to, jak przestrzegana będzie Konstytucja. Dla dużej części ruchu protestacyjnego Nawalny to nie książę na białym koniu, lecz instrument, z pomocą którego można demontować reżim i wywalczyć przywrócenie demokracji w choćby najbardziej podstawowej formie. Niektórzy uważają, że jest to instrument optymalny, inni, że po prostu najlepszy z dostępnych. Ja osobiście bardzo żałuję, że nasze społeczeństwo póki co nie dojrzało do innego lidera niż Nawalny, ale o wiele ważniejsze jest to, że dojrzało ono przynajmniej do niego i, co najważniejsze, ocenia go trzeźwo.

Uczestnicy nowej fali protestów, a także ci, którzy kibicują im z zagranicy, nie powinni zapominać o banalnej rzeczy: to tylko początek długiej drogi. Zmiany władzy nie wywalczy się dwoma czy nawet dziesięcioma wiecami i rzecz nie tylko w liczbie i nie w czasie trwania protestów: trzeba się jeszcze wiele nauczyć. Chociażby tego, jak nie pozwalać policji tak łatwo zatrzymywać protestujących, pozostając przy tym w ramach pokojowego protestu.

Oczywiście, chciałoby się wierzyć, że zmiany nastąpią już w 2018 roku, bo im szybciej obecny reżim upadnie, tym więcej szans na to, że odbędzie się to bezkrwawo. Z drugiej strony, im dłuższa będzie droga do zwycięstwa, tym bardziej będziemy cenić jego płody i tym bardziej gotowe będzie społeczeństwo do budowania nowej Rosji i kontrolowania nowej władzy na wszystkich jej szczeblach. I to wtedy będzie możliwość przedyskutowania wszystkich bolesnych i spornych kwestii w normalnych warunkach.

To długi marsz, na którym rosyjski ogólnospołeczny ruch protestacyjny potrzebować będzie, oprócz wielu innych rzeczy, uwagi, cierpliwości i zaufania wspólnoty międzynarodowej – właśnie ruch protestacyjny, a nie Nawalny. On jest dla nas, a nie my dla niego. My chcemy dać mu szansę i choć w opinii mojej i wielu innych ryzyko jest bardzo duże, żadnej krótszej i bezkrwawej drogi teraz nie ma. Także jeśli chodzi o drogę do zwróceniu Krymu Ukrainie i wycofania się wojsk rosyjskich z Donbasu. Nie możemy niestety zagwarantować, że prezydent Nawalny to zrobi, ale w tej chwili jest on jedynym realnym konkurentem Putina, a ów nie zrobi tego na pewno.

I jest jeszcze jedna zaleta, którą ma Nawalny, a której nie ma Putin: jest to prawdziwy, polityczny self-mademan, którego obserwujemy już nie pierwszy rok, którego krytykujemy i o którym już teraz wiemy więcej niż wiedzieliśmy o Putinie w momencie jego nominowania na funkcję prezydenta lub nawet teraz. I jeśli Nawalny zostanie prezydentem, to będzie to naprawdę ludowy prezydent, czyli kontrolowanie go będzie prostsze. Tak, być może będziemy jeszcze musieli za 10 czy 15 lat wychodzić na wiece protestacyjne przeciwko Nawalnemu. Ale lepiej już robić to przeciwko niemu niż znowu przeciwko Putinowi.

W materiale wykorzystano zdjęcie z foto-projektu „To Nawalny” Jewgenija Feldmana.

Ten tekst możesz przeczytać po rosyjsku.