Anton Nosik: „Młodzież dochodzi do wniosku, że władza to tępa machina tłamszenia ludzi”

Rosyjski Forbes opublikował fragmenty wywiadu, którego zmarły nagle 9 lipca 2017 r. Anton Nosik – rosyjski dziennikarz, bloger, manager nazywany powszechnie jednym z głównych twórców “Runetu”, udzielił Dmitrijowi Lisicinowi. Oto tłumaczenie tego tekstu.

O powrocie państwa i przykręcaniu śruby

Jest u nas w kraju jeden człowiek, który może zakazać używania Facebooka, Twittera, VKontakte i Google. Taki człowiek jest, dzięki Bogu, jeden. Gdyby było ich wielu, wszystko byłoby już dawno zakazane. Ale ponieważ bez decyzji Władimira Putin takie konkretne wstrętne kroki podjęte być nie mogą, to wszyscy czekają na sygnał. I czekają już 5 lat – od momentu, gdy Putin zmienił sposób myślenia. On miał całkowicie sprecyzowaną koncepcję Internetu jako miejsca, gdzie ludzie dają upust swoim emocjom. Dzięki Bogu! Interesuje nas telewizja, interesuje nas radio, interesuje nas zarządzanie masami za pomocą prasy. A w Internecie niech się dzieje, co się chce. Putin mówił mi to osobiście. Miał taką koncepcję i ona obowiązywała przez 13 lat.

Koncepcja zmieniła się pod wrażeniem „arabskiej wiosny” oraz pod wpływem doradców, którzy wyczuli swój interes w dostarczaniu określonego typu aparatury dla inwigilowania obywateli. Tak powstało wyobrażenie, że Internet to zagrożenie, od którego biorą się „kolorowe rewolucje”, tam jest opozycja, „piąta kolumna” i tak dalej. Wtedy dano sygnał: Internet w Rosji trzeba ograniczyć. Z powodu tych wszystkich środków ograniczających w Rosji praktycznie zniszczono branżę IT, na wartości straciły wiodące holdingi Internetowe. Młodzi ludzie, którzy marzyli o pracy w Yandex.ru dziś wolą wysyłać CV za granicę. Mamy drenaż mózgów, pełną stagnację na rynku IT, aktywność inwestycyjna jest dziś poniżej progu.

O rosyjskim modelu regulowania Internetu

Takie „duszenie” rosyjskiego Internetu to bynajmniej nie jest chiński model. Chiński model to ograniczanie dostępu zagranicznych firm do rynku krajowego w celu wzmacniania miejscowych chińskich graczy, takich jak Baidu czy Alibaba. Chińczycy osiągnęli wielkie sukcesy w uprawianiu swojego własnego przemysłu internetowego. Rosyjska cenzura działa przeciwko własnemu przemysłowi, walczy z Yandex.ru i VKontakte. A zatem to nie jest chiński model. To model turkmeńsko-koreański. Po prostu dopóki nie ma sygnału, nie sięga się jeszcze po środki radykalne. Ale oni będą odcinać palec po palcu, wprowadzać ograniczenia to tu, to tam: tom drugi, tom trzeci, tom czwarty. Stopniowo, po cichu, ale konsekwentnie.

O efektach i konsekwencjach ograniczeń

Ich agenda jest bardzo różnorodna. Są w niej, na przykład, filtry, przewidziane ustawą nr 139 (o czarnej liście zasobów internetowych i ograniczaniu dostępu do zakazanej informacji – Forbes). Wszystkie co do jednego nie działają. Jak zrobić, żeby działały? Trzeba wprowadzić odpowiedzialność za posługiwanie się, na przykład, serwerem anonimizującym, ale tego technicznie nie da się wyśledzić. Jak w 2013 roku powiedziano nam, że taka ustawa zostanie uchwalona, tak do tej pory nie wymyślono, jak ona mogłaby być sformułowana (Duma Państwowa już zaczęła rozpatrywać projekt o serwerach anonimizujących i przyjęła go w pierwszym czytaniu – Forbes). Tym niemniej, przykręcanie śruby ma miejsce i efekty tego są już dobrze widoczne. Ludzie przecież nie są idiotami i pojęli, jaka jest sytuacja. Gdzie jest teraz Wołoż, gdzie jest Durow, i tak dalej? Wszyscy już lepiej lub gorzej rozumieją, że biznes, który jest na tyle zależny od idiotycznych, cenzorskich ustaw, to jak życie na wulkanie.

Wszystko to było napisane w prospektach dla inwestorów, gdy Yandex i Mail.ru wychodziły na międzynarodowe rynki i giełdy. W rozdziale „ryzyka” napisano czarno na białym, że nieprzewidywalne rosyjskie prawodawstwo może wyjąć spod prawa każdą część biznesu. To przewidziano pięć lat temu. I już od pięciu lat się dzieje. Ja nie patrzę zbytnio do przodu, gdyż my po prostu staczamy się po równi pochyłej. I nie zatrzymamy się na jakimś dopuszczalnym modelu cenzorskim, bo po prostu nie mamy skąd go wziąć. Jeśli mówić o Białorusi i Kazachstanie, to ich model cenzorski nie doprowadził do pojawienia się silnych rodzimych firm internetowych – i tak jałowa gleba została jeszcze dodatkowo zadeptana. A u nas jest silna branża IT, która rozwijała się w te lata, gdy w Internecie cenzury nie było, i zdążyła wejść na międzynarodowe giełdy, na NASDAQ i giełdę w Londynie. Mail.ru, Yandex – to jest to, co mamy. Czyli wszystko to trzeba jakoś przydusić – taka to logika. I to właśnie się dzieje.

O ukrytej motywacji za administracyjnymi zakazami

Wymyślane są różne koncepcje, ale główny wektor jest taki: „Internet przeszkadza jako taki”. Dlatego, że z ich punktu widzenia jest to nieprzewidywalne środowisko. I zakazać, wedle tej logiki, należy, oczywiście, nie Facebooka. To jest: Facebooka trzeba zakazać, ale to nie jest rozwiązanie tego problemu. Rozwiązanie to zakaz VKontakte, Mail.ru, „Odnoklasników”.  Pod zakaz podpada sam fakt, że ludzie samodzielnie ze sobą rozmawiają. A chodzi o to, żeby było jak w Związku Radzieckim. W Związku Radzieckim Internet był niemożliwy. Nie dlatego, że bano się, że przez niego wlezie do nas Zachód, lecz dlatego, że horyzontalne więzi między ludźmi niszczą monopol władzy na ideologię, informację i opinie. W takim środowisku Internet jest zbędny.

Ale woli politycznej, aby ustanowić ten model od razy też nie ma. Wszystko dzieje się po cichu, krok po kroku. Ludzie, którzy patrzą na od pięciu lat, już dawno wyszli z tego rynku i skoncentrowali się na zarabianiu twardej waluty. Usługi internetowe są dość internacjonalne. Takie zjawiska jak, na przykład, Telegram to bezpośredni rezultat wypychania z kraju. A stało się tak z Durowem dlatego, że odmówił on zamknąć grupę Nawalnego na VKontakte. „Żiwoj żurnal” zgodził się zablokować blog Nawalnego, i „ŻŻ” nie wyganiają. A Durow odmówił. Telegram stworzył już tam i teraz ma 200 milionów użytkowników, jest to dwa razy większy projekt niż VKontakte. On stworzył go tam, ponieważ tam można, a tu nie.

O tym, jaki biznes jest jeszcze możliwy w rosyjskim Internecie

Jako doradca inwestycyjny, nie mogę doradzić inwestowania w żadną aktywność w Runecie oprócz wyciągania stamtąd mózgów za granicę. Albo pracy w trybie out-sourcingu, czyli gdy miejscowe mózgi obsługują zagraniczne zadania. Dzięki temu, że rubel jest tani, można u nas znaleźć tanich pracowników. To cały biznes internetowy, jaki nam pozostał. To jest to, czym zajmują się kraje afrykańskie, biedne azjatyckie kraje: „Jeśli jesteś wystarczająco bystry, zatrudnią cię za granią, innych wariantów nie ma”. Taka sama sytuacja powstaje u nas.

Ale ja świetnie pamiętam, jak w ciągu jednego dnia w 2011 roku 300 pracowników „Yandeksa” stało się milionerami. „Yandex” zadebiutował na giełdzie, a oni mieli opcje. Po Krymie „Yandex” z 45 dolarów zszedł do 10 dolarów za akcję. I wszystkie te opcje przestały być cokolwiek warte. Dziś „Yandex” kosztuje tyle samo, ile kosztował w dzień swojego debiutu na giełdzie (21 dolarów). Oznacza to, że w ciągu sześciu lat ludzie trzymający swoje pieniądze w akcjach „Yandeksu”, nie zarobili na tym nic. Za pomocą cenzury zniszczono wszystkie ekonomiczne osiągnięcia najbardziej konkurencyjnej na światowym rynku rosyjskiej branży. Po prostu dlatego, że ta branża wmieszała się w sferę państwowego monopolu na ideologię.

O potencjale konfliktu młodzieży z władzą

Dziś rosyjski Internet to spalona ziemia. Ale dla rosyjskiej młodzieży ta spalona ziemia jest o wiele bardziej ich niż „off-line-owa Rosja”. Całe ich życie toczy się tam: tam są wszystkie film, które oni oglądają, cała muzyka, której słuchają, wszyscy przyjaciele, z którymi oni rozmawiają. I oto młodzież przez pięć lat obserwuje, jak ich „ojczyznę” zadeptują jakieś „kozły”, uchwalając kolejne zakazy. Zakazy te są bezsensowne, cała młodzież potrafi je obchodzić. Ale oni widzą złośliwych kretynów, którzy swoimi wstrętnymi zachciankami włażą w ich krąg, w ich cyfrową wolność. To formuje stosunek młodzieży do władzy. Problem młodzieży z tą władzą to rezultat pięciu lat podobnych działań władzy w Internecie. Młodzież zderzyła się z tym, jak działa państwo – ono nie stworzyło w Internecie żadnego przydatnego serwisu, ale wygnało Durowa i Wołoża, zagnało Lentę.ru, wyrzuciło z Yandex.novosti źródła niezgodne z linią partii.

Negatywna reakcja młodzieży na władzę to naturalna odpowiedź na zachowanie się władzy tam, gdzie młodzież może ją zobaczyć. Czy widzi ona ją, gdy otwiera firmę i zaczyna się ściąganie z niej podatków – nie, to nie jest dla nich relewantne. Sprawa „Płatona” – też nie. Natomiast zakazy w Internecie – tak. Młodzież dochodzi do wniosku, że władza to tępa i bezmyślna machina tłamszenia ludzi. I stosownie do tego, gdy proponuje się jej pokazanie władzy środkowego palca, młodzież z radością wychodzi i pokazuje go.

O możliwości krótkotrwałej odwilży

Spróbujmy postawić się na miejscu nowej administracji prezydenta. Przed nimi jest ruina rosyjskiego Internetu, zduszonego ustawami o zapominaniu, wyszukiwarkach, ograniczeniach dla inwestorów zagranicznych, filtrowaniu, przechowywaniu danych i tak dalej. Czy chcą „metodolodzy i nooskopiści”, którzy przyszli do Administracji Prezydenta, kontynuować kurs na alienowanie młodzieży? Sądzę, że oni teraz łamią sobie nad tym głowy: czy kontynuować tę żałosną politykę, czy raczej jakimś sposobem ją dezawuować. I oni mają do tego bardzo dobry powód. Ponieważ w umownej putinowskiej „konduicie” jest zapisane, że przed wyborami prezydenckimi następuje demokratyzacja i liberalizacja. Tak było w 2011 roku – Putin pisał artykuły o elektoralnej demokracji i mówił, że nie należy zastraszać przedsiębiorców. Przed wyborami Putin powinien pokazać ludzką twarz.

Jest bardzo prawdopodobne, że do wyborów 2018 roku żadnego przykręcania śruby w Internecie nie zobaczymy. Ludzie są rozsądni, wiedzą przecież, że ta polityka nie przynosi rezultatów. Uchwala się ustawy, które nie powodują ograniczania Internetu, lecz to, że ludzie zaczynają rozumieć, że ustawy uchwalają idioci. I generalnie rzecz biorąc, jeśli oni zechcą przed wyborami prezydenckimi ukradkiem zmienić kurs, to mnie to absolutnie nie zdziwi i będę się z tego cieszyć. Ale czy kurs na tłamszenie Internetu jest faktycznie zamknięty, dowiemy się, jak tylko skończą się wybory. (…)

Tłum. Katarzyna Chimiak

Tekst oryginalny: http://www.forbes.ru/biznes/347719-intervyu-antona-nosika-o-svobode-slova-v-internete-ya-sovershenno-ne-optimist

Zdjęcie: Anton Nosik, fot. Dmitrij Rożkow, CC BY–SA 3.0