Bez pojednania: boje o historię w Rosji

W związku z przypadającym w tym roku stuleciem wybuchu rewolucji 1917 roku w Rosji prezentujemy tłumaczenie artykułu rosyjskiego historyka dr. Pawła Puczkowa, tóry tłumaczy, dlaczego jubileusz ten jest niemal całkowicie ignorowany przez rosyjskie władze. Wersja oryginalna ukazała się na portalu Gefter.ru.

W maju 2015 roku minister kultury ogłosił plan ustanowienia na Krymie Pomnika Pojednania, który miał symbolizować przezwyciężenie rewolucyjnego rozłamu wywołanego przez Wojnę Domową. Miejsce na pomnik znaleziono w Sewastopolu (pierwotnie miał to być Kercz), niedaleko ruin Chersonezu, a uroczyste odsłonięcie zaplanowano na 4 listopada. Według dostępnych opisów pomnik przedstawia sobą obelisk zwieńczony rzeźbą Matki-Ojczyzny, u podnóża którego znajdują się rzeźby żołnierza Armii Czerwonej i białogwardzisty, a także wieczny ogień. W ciągu dwóch lat pomnik zdążył najwyraźniej zmienić nie tylko miejsce, lecz i nazwę: na stronie rządu Sewastopolu określa się go jako pomnik „Jednoczenia się Rosji”. Trudno nie zauważyć ogromnego nasycenia monumentu symboliką: symboliczna lokalizacja (blisko Chersonezu), symboliczna data odsłonięcia (Dzień Jedności Narodowej), wykorzystanie od razu kilku symboli kojarzonych z Wielką Wojną Ojczyźnianą.

Można odnieść wrażenie, że rewolucyjny rok 1917 to punkt, w którym ogniskuje się cała oficjalna narracja historyczna (Chrzest – Powstanie Minina i Pożarskiego – Wielka Wojna Ojczyźniana). Ale ciche świętowanie stuletniego jubileuszu świadczy o czymś przeciwnym. Kreml ma wiele powodów, aby zbytnio nie koncentrować uwagi publiczności na rewolucjach 1917 roku.

Po pierwsze, władza (i wtórujący jej szkolny kanon historyczny) każe rozpatrywać rosyjską historię jako serię metamorfoz jednej istoty, a nie  jako zastępowanie jednej istoty drugą. Przy takim podejściu „carska” i „sowiecka” jawią się jako ważne, ale nie kluczowe określenia pewnej wiecznej Rosji.

Pęknięcie 1917 roku jest niwelowane, a ostrość rewolucyjnego momentu sztucznie wygładzana. Paradygmat ciągłości nie pozwala, by poczuć patos rewolucyjnego przełomu, gdyż pomniejsza znaczenie tego przełomu. W czasach sowieckich na akcentowanie rozłamu ze starym reżimem poświęcano ogromne państwowe zasoby, teraz zaś wydaje się je na przywracanie ciągłości wszelkich form rosyjskiej państwowości. W „jednym strumieniu tysiącletniej historii” [1] nie może być pęknięć, nie ma więc też miejsca na prawdziwy dramat. Próby imitowania go za pomocą aktów werbalnych są mało produktywne. W oficjalnym dyskursie o wiecznej Rosji nie ma miejsca dla „Rosji odchodzącej” i „Rosji, którą utraciliśmy”.

Po drugie, polityczna elita postrzega rewolucje jako niepodważalne zło. Najbardziej zdecydowane redukcje swobód i politycznej konkurencji w najnowszej historii Rosji związane były z rewolucyjnymi wydarzeniami poza granicami kraju: „kolorowymi rewolucjami” na przestrzeni postsowieckiej, „arabską wiosną”, ukraińskim „Euromajdanem”. Strach przed „hydrą rewolucji” upodabnia rosyjskich władców XXI wieku do ich kolegów z wieku XIX, przy czym jedność wyobrażeń i działań znajduje odzwierciedlenie również w polityce symbolicznej. Odsłaniając w listopadzie 2014 roku pomnik Aleksandra I, jako zasługę monarchy Władimir Putin wymienił stworzenie Świętego Przymierza: „To właśnie rosyjski imperator stał u genezy ówczesnego systemu europejskiego międzynarodowego bezpieczeństwa, który w pełni odpowiadał wymogom tamtych czasów. Właśnie wtedy stworzono warunki tak zwanej równowagi, opartej nie tylko na wzajemnym uwzględnianiu interesów krajów, lecz i wartościach moralnych”. System międzynarodowego bezpieczeństwa, o którym mówił prezydent, sprowadzał się głównie do tłumienia rewolucji, a wspomniany pomnik stanął w Ogrodzie Aleksandrowskim akurat w pierwszą rocznicę rozpoczęcia „Euromajdanu” [2].

Tak jak dwieście lat temu, przywódcy Rosji twierdzą, że państwo to jedyny aktor historii mogący nieść dobro i opowiadają się za jego daleko posuniętą autonomią od bezmyślnych poddanych. Karamzinowska lekcja etatyzmu została świetnie przyswojona. Mimo wszelkich różnic między monarchiczną i sowiecką koncepcją źródeł władzy jako kluczowo ważne jawi się jej uformowanie w silną państwowość. Wszystko, co przeszkadza państwu w wypełnianiu funkcji jedynego prawomocnego aktora jest bezwzględnym złem. Na odsłonięciu pomnika bohaterów I wojny światowej 1 sierpnia 2014 roku Putin zbeształ wszystkich rewolucjonistów jak leci, oskarżając ich, że ukradli rosyjskiemu żołnierzowi zwycięstwo: „[Zwycięstwo] ukradli ci, którzy wzywali do walki z własną Ojczyzną, własną armią, siali ferment wewnątrz Rosji, rwali się do władzy, zdradzając narodowe interesy”. Milczenie o rewolucjach 1917 roku to przewidywalny element putinowskiego „scenariusza władzy”.

Po trzecie, rządząca elita nie potrafi określić swojego stosunku do sowieckiej przeszłości. Wszyscy jej główni przedstawiciele urodzili się w ZSRS i odczuwają słabo skrywaną nostalgię za breżniewowskimi wzorcami sprawiedliwości społecznej, niezależności władzy od społeczeństwa, sowieckimi praktykami represji i cenzury i wielkomocarstwowości. Władimir Putin ma zarazem świadomość, że otrzymał władzę nie od genseków, lecz od człowieka, który odegrał jedną z głównych ról w demontowaniu sowieckiego systemu. Wśród jego głośnych wypowiedzi na temat ZSRS znaleźć można i taką: „Kto nie odczuwa żalu z powodu rozpadu Związku Sowieckiego, ten nie ma serca, ale ci, którzy chcą jego restytucji w dawnym kształcie, nie mają głowy”.

Granie sowiecką przeszłością i autorytarny charakter władzy nie czynią owej władzy równą władzy sowieckiej. Nie ma raczej świadomego dążenia, by zejść się z nią w intencjach, tylko po prostu innego dostarczyciela wzorców ci ludzie nie mają. Możliwości dla pełniejszej restauracji sowieckiego reżimu było dość dużo, ale sprawa ograniczyła się do częściowego przywrócenia sowieckiej symboliki i znanej z tamtych czasów retoryki. Dzisiejszy model zarządzania i sposoby legitymizacji mają mało wspólnego z sowieckimi wzorcami jakiegokolwiek wydania, czy to stalinowskiego, czy to breżniewowskiego. Stopnia osobistej wolności, skali państwowej przemocy i otwartości nie ma nawet co porównywać. Dwuznaczny stosunek do sowieckiego projektu dyktuje równie dwuznaczny stosunek do wydarzeń, które legły u jego genezy.

Sympatie w przedziwny sposób współistnieją z antypatiami. Entuzjastyczne podejście do potęgi sowieckiej ojczyzny na arenie światowej i sympatia do poszczególnych aspektów jej wewnątrzpolitycznego ustroju łączą się z absolutnym odrzuceniem tych ograniczeń, które ustrój ten nakładał na własną elitę rządzącą. Pełen respektu, ale i ostrożny stosunek do zmarłego nie pozwala uczynić z jego 100-letniego jubileuszu wydarzenia skali ogólnonarodowej.

Po czwarte, nie należy pomijać oporu materiału historycznego. Zleceniodawca woli eksploatować tylko te tematy, które potwierdzają tezę o wielkości rosyjskiej przeszłości. Parafrazując Aleksandra Dumas, historia to dla Kremla gwóźdź, na którym władza wiesza swój autorytet. Najlepsze gwoździe wykuwa się z wojennych zwycięstw, a nie rewolucji. Dlatego w świadomości masowej istnieje tylko jeden temat historyczny – Wielka Wojna Ojczyźniana. Ona świetnie koreluje z samoświadomością władzy i znajduje żywe odbicie w pamięci rodzinnej (nawet jeśli państwowe obrazy wojny nie zawsze i nie we wszystkim pokrywają się z tymi, które istnieją na poziomie mikro).

Konsolidujący i pozytywnie rezonujący potencjał rewolucji 1917 roku jest mały. Przeciwstawność wektorów Lutego i Października jest zbyt oczywista, aby dało się skonstruować o 1917 roku heroiczną, jednoczącą społeczeństwo narrację. Narzucany odgórnie termin „Wielka rosyjska rewolucja” przypomina nieco gigantyczny warstwowy stołb, który predystynowany jest do wielkości już przez samo to, że markuje naszą historyczną drogę, również wielką.

Zarazem żaden z realnych skutków rewolucji lutowej lub październikowej nie może być opisany w kremlowskim systemie ideowych współrzędnych jako coś bezsprzecznie „wielkiego”: Luty zrodził bowiem anarchię, a Październik – wojnę domową. Obie te kategorie są dzisiejszej władzy wstrętne, zwłaszcza na tle zawężającego się konsensusu publicznego co do jej samej. Uzasadnieniem wielkości jest więc sama skala działania i wynikających z niego znacznie później konsekwencji (sowiecki projekt, Wielka Wojna Ojczyźniana), co nieco dewaluuje wartość samej „Wielkiej rewolucji”. W historycznych odniesieniach dla rewolucji przeznaczona jest rola drugorzędna: rekonstrukcje parady z 7 listopada odwołuję się do wydarzeń roku 1941, a nie do sowieckiej tradycji corocznego upamiętniania aktu socjalistycznego tworzenia. Oficjalne zniesienie starej (rewolucyjnej) treści rocznicy odbyło się równocześnie z nadaniem jej nowego (wojennego) sensu w 2004 roku.

Opór historycznego materiału to problem poważny, nierozwiązywalny. Państwowi ideolodzy są przeszkoleni w dziedzinie przycinania niewygodnych wątków historycznych i sklejania ze skrawków satysfakcjonującej opowieści, pasującej do bieżącej sytuacji politycznej – II wojna światowa funkcjonuje wszak u nas właśnie w takiej formie. Najwyraźniej jednak zniechęca ich do tego spodziewanie niewielki zysk propagandowy z takiej operacji: pięć pokoleń to zbyt duży dystans, aby można było liczyć na żywy rezonans w pamięci rodzinnej, a władza preferuje właśnie takie („symfoniczne”) konstrukcje.

Na całkowite zignorowanie jubileuszu nie pozwala nie tylko na trwałe ugruntowane w sowieckiej szkole wyobrażenie o jego historycznej doniosłości, lecz i deficyt pozytywnej samooceny. Tak już się złożyło, że pewną rolę w jej kształtowaniu odgrywa Zachód. Mimo całej rozbieżności wektorów rozwoju, deklarowanej odmienności, a nawet buntu wobec ich reguł gry, rosyjscy rządzący (i znaczna część społeczeństwa) nie mogą żyć bez oglądania się na Zachód. Możliwość zwrócenia uwagi na rosyjskie pochodzenie czegoś, co cieszy się na Zachodzie powodzeniem, grzeje duszę i pieści miłość własną. Towarów eksportowych dla zachodniego rynku symbolicznego wiele nie mamy, pełne anulowanie 1917 roku grozi więc sprowadzeniem bilansu do ostro ujemnego.

Motywów obrazów Nałbandjana, Rieszietnikowa i Gierasimowa nie da się wykorzystać na otwarciu olimpiady, a na El Lissitzky’ego, Malewicza, Wiertowa, Mielnikowa popyt jest nadal ogromny. Wytwory klasyków realizmu socjalistycznego prawdopodobnie wydają się naszym przywódcom bardziej poręczne niż latające krowy Chagalla, ale plafon Opery Garnier namalował właśnie on. Tak już się stało, że gusta artystyczne zachodniej publiki kształtowały się nie pod wpływem decyzji Biura Politycznego Komitetu Centralnego i sowieckich związków twórczych, lecz czasopisma o nieprzypadkowej nazwie October. Ciche obchody jubileuszu to najlepszy sposób na zadeklarowanie roszczeń do części symbolicznej spuścizny 1917 roku, przy rezygnacji, jeśli to możliwe, ze spuścizny politycznej.

Próby wygenerowania z jubileuszu politycznego kapitału przebiegać będą wedle standardowego, monologicznego schematu: prezydent i odpowiedni ministrowie kolejny raz wygłoszą wykłady o tysiącletniej ciągłości, państwowości über alles, niedopuszczalności radykalizmów wszelkiej maści, wytrzymałości jako głównej pozytywnej charakterystyce rosyjskiego narodu. Minister kultury, który zdobył stopień naukowy dzięki wymyślaniu i następnie demaskowaniu wielowiekowej europejskiej rusofobii, przypomni o «zgubności oczekiwania na pomoc zagranicznych “sojuszników” w walce wewnątrzpolitycznej».

Pozostaje jedynie wyrazić żal, że tak wspaniała okazja do zorganizowania szerokiego dialogu publicznego, podjęcia próby znalezienia akceptowalnego języka dyskusji o skomplikowanych kwestii historycznych i dojścia tą drogą jeśli nie do pojednania, to przynajmniej wzajemnego zrozumienia, znowu zostanie stracona.

Przypisy:

1. Na stronie Pomnika Pojednania na stronie Rosyjskiego Towarzystwa Historyczno-Wojskowego cytowane są słowa Władimira Putina o Wojnie Domowej: „Linia pojednania czerwonych i białych – to przecież nie tylko i nie tyle wygładzanie wzajemnych historycznych pretensji i zbliżenie interpretacji przeszłości, wzajemnego przebaczenia i pokajania się za grzech Wojny Domowej. To przywrócenie ciągłości epok, uświadomienie sobie jednego strumienia tysiącletniej historii – nie jako nagromadzenia niezrozumiałych wydarzeń, lecz jako drogi rosyjskiego ducha. I co najważniejsze, jest to poszukiwanie drogi ku przyszłości – ponieważ oba etapy rosyjskiej cywilizacji, i carski, i sowiecki, pozostawiły nam unikalne doświadczenie, zestaw zwycięstw i błędów, bez zrozumienia których niemożliwy jest żaden świadomy ruch do przodu”.

2. Inicjatorem ustanowienia pomnika było Kobiece Prawosławno-Patriotyczne Towarzystwo. W wywiadzie dla „Rossijskiej Gaziety” jego szefowa Galina Ananina mówiła, że ustanowienie pomnika nie wiąże się z żadną konkretną historyczną datą. Okazji do ustanowienia pomnika Aleksandra I było w poprzednich latach wiele. Na przykład: dwusetna rocznica Wojny Ojczyźnianej (2012) i zajęcia Paryża przez wojska Szóstej Koalicji (marzec 2014). Konkurs na projekt pomnika zorganizowano jednak dopiero w sierpniu 2014 roku, a uroczyste jego odsłonięcie odbyło się 20 listopada, niemal zbiegając się z rocznicą „Euromajdanu”, który rozpoczął się 21 listopada 2013 roku. Jest oczywiście możliwe, że był to tylko przypadek.

Tekst oryginalny: http://gefter.ru/archive/23113

Tłum. na język. polski: Katarzyna Chimiak

Ilustracja: I. A. Władimirow, obraz pt. “Precz z orłem!”, 1917.