Szarow-Delaunay: Obraz przyszłości albo śmierć

Siergiej Szarow-Delaunay to aktywista rosyjskiego ruchu demokratycznego, który w ostatnich latach “wyspecjalizował się” we wspieraniu więźniów politycznych Federacji Rosyjskiej, w tym zwłaszcza osób skazanych w ramach procesu uczestników demonstracji opozycji na Placu Błotnym w Moskwie z 6 maja 2012 roku (“sprawa Placu Błotnego”). Poniżej prezentujemy tłumaczenie jego posta, w którym podsumowuje on rezultaty działalności rosyjskiej opozycji, w tym swojej własnej i swoich kolegów. Jest to post smutny, ale z bardzo ważnym przesłaniem. 

Moja osobista „sprawa Placu Błotnego” dobiegła końca. Andriej Barabanow i Denis Łuckiewicz studiują na Uniwersytecie Karola w Pradze. Wania Niepomnjaszczich kolejny raz był „na wylocie”, ale udało mu się jednak wyjechać na studia doktoranckie na uniwersytet w Oregonie. Wydawałoby się, że wszystkie długi, na ile mogłem, spłaciłem. I w ogóle z „więźniów Placu Błotnego” w niewoli pozostaje jedynie Maksim Panfiłow, przebywający w szpitalu psychiatrycznym pod Astrachaniem. Ale pomóc jemu – niestety! – nie bardzo jestem w stanie.

Nadeszła więc pora, aby spojrzeć za siebie i podsumować niektóre rezultaty mojej osobistej i naszej wspólnej klęski.
To, że przegraliśmy – jest pewne. Rozejrzyjcie się dookoła siebie – oto rezultat naszej klęski.

Jak każda klęska, ma ona wielu „ojców’. I wiele jest też wymówek, o których ja mówić nie chcę. Na wymówki jest już za późno, ale na analizę, dlaczego przegraliśmy, nigdy nie jest za późno. Trzeba ją przeprowadzić choćby po to, aby więcej nie przegrywać.

Pierwszą – najważniejszą! – przyczyną było to, że nikt nie określił jasno, o co walczyliśmy. Nie przeciwko czemu, lecz o co. Pal już licho wspólną dla całej opozycji wizję przyszłości, ale przynajmniej pojedyncze osoby mogły przedstawić swoje własne „projekty przyszłości”, a nikt tego nie zrobił – ani „politycy” – liderzy opozycji, ani błyskotliwi intelektualiści – „władcy myśli”. Choć główny sens istnienia i jednych, i drugich, ich raison d’être polega właśnie na formułowaniu takich wizji i projektów. Nikt jednak tego nie zrobił. Mówię nie o kolaborantach-sislibach [„systemowych liberałach”] (niech ich osądzą Bóg i Sąd Zamoskworecki), lecz o tych, którzy przedstawiali się jako przeciwnicy reżimu. Nie ma żadnego „projektu jutra”. O ile, oczywiście, nie uznaje się za taki „projekt” mantry o „europejskiej drodze” i „ogólnodemokratycznych wartościach”, czy też o najuczciwszych w świecie wyborach nie wiadomo czego i o wymianie władzy na nie wiadomo co i po co. I nikt, rzecz jasna, nie zadał sobie trudu, aby zaproponować, jak do tej nieznanej przyszłości dojść.

Nie wiem, czego było w tym więcej…intelektualnej impotencji czy moralnego konformizmu, elementarnego tchórzostwa, tchórzostwa przed przyznaniem się do własnej impotencji i konformizmu czy towarzyskiej „solidarności”.

Rezultat? Przez wszystkie te lata działaliśmy nie zgodnie z własnym planem działań (bo go nie było), lecz zgodnie z planem władzy, przeciwko której niby walczyliśmy. I ja też, nie wypieram się tego grzechu! Z każdym krokiem coraz bardziej cofając się i czasem nawet przedstawiając to cofanie się jako chwalebne zwycięstwa. Takiej opozycji, jaka jest, jest wszystko jedno, z kim będzie budować blokady. Nieprzypadkowo główna „święta krowa” opozycji to „zjednoczenie wszystkich sił opozycyjnych”. To bardzo ładnie brzmi, ale w rzeczywistości jest tylko „jednością przeciwko”, bractwem okopowym, a nie solidarnością wolnych ludzi. Taka opozycja skazana jest na pozostawanie opozycją, bo nie ma żadnych szans, by przestać nią być.

Dziś możemy ile tylko chcemy sarkastycznie krzywić się patrząc na bardzo młodych uczestników protestu i komentować, że sami nie wiedzą, czego chcą. My im niczego nie powiedzieliśmy i przegraliśmy nie tylko własne życie, lecz i ich losy. A jeśli nie mamy im czego przekazać, czego powiedzieć, to nie należy się dziwić, że oni uważają nas wszystkich za zdrajców, którzy ukradli im ich przyszłość. Przecież oni mają rację.

Procesy figurantów „sprawy Placu Błotnego” odbywały się według tych samych reguł: my uczciwie, ze wszystkich sił każdego broniliśmy, ściśle trzymając się ram określonych przez prokuraturę. Tak, to były procesy sądowe, tak byliśmy związani odpowiedzialnością za losy oskarżonych, tak, to wszystko prawda – ale nie zdołaliśmy (i tak naprawdę nawet nie zaryzykowaliśmy spróbować) odwrócić procesu i zmusić sądu, aby wyjaśnił nie to, czy ludzie, których bronimy, są rzeczywiście winni udziału w sławetnych „masowych zamieszkach” i „użycia przemocy wobec przedstawicieli władzy”, lecz odpowiedział na najważniejsze pytanie: co w ogóle wydarzyło się na Placu Błotnym 6 maja 2012 roku i kto ponosi winę za to, co się stało? Czyli działał tak, jak Europejski Trybunał Praw Człowieka. Nie udało nam się to jednak. Znowu działaliśmy zgodnie z nie naszym planem. W dużej mierze także dlatego, że nie było – i ciągle nie ma – ważniejszej, o ile nie jedynej siły i opoki, zdolnej stawiać opór oszalałej władzy niż społeczeństwo obywatelskie. Ale nie chodzi o kilka – niech będzie, dziesiątków tysięcy! – ludzi wspierających, uczestniczących w wiecach i pikietach, dających się wpychać do policyjnych furgonetek lub przynajmniej oferujących pomoc materialną, lecz o społeczeństwo, zdolne jasno sformułować i wyrazić swoje interesy i swoją opinię. Oczywiście, trudno jest nauczyć się pływać, gdy w basenie prawie nie ma wody. Ale „woda” tego basenu to nie tylko własność, nie tylko prawa, nie tylko wspólne interesy, no i idee. Gdy ci, którzy powinni idee wytwarzać, milczą, starając się bliżej dopchać do państwowego koryta, społeczeństwo nie ma gdzie się rodzić – sama wilgoć i ciemność go nie stworzą.

My wszyscy – i ja też – nie wyciągnęliśmy tak naprawdę żadnych wniosków z lekcji lat 1990., gdy przegraliśmy właśnie dlatego, że określiliśmy sami dla siebie, czego byśmy chcieli – oprócz zniesienia 6 artykułu Konstytucji, wolności słowa i tym podobnych innych ważnych, ale szczegółów. Gdy wszyscy byliśmy zjednoczeni „przeciwko”, nie sformułowaliśmy żadnego zrozumiałego „za”.

I dopóki nie sformułujemy, tak długo będziemy cofać się i przegrywać. Problem w tym, że wszystkie próby – moje i nie tylko – aby zacząć na ten temat merytoryczną rozmowę, były jak rzucenie kamienia w błoto – żadnego śladu!
Takie są rezultaty „sprawy Placu Błotnego”.

Tekst oryginalny:
https://www.facebook.com/photo.php?fbid=1481362805315610&set=a.299567043495198.71506.100003257151457&type=3&theater

Tłum. Katarzyna Chimiak

Zdjęcie: Siergiej Szarow-Delaunay, fot. Iwan Abaturow, CC BY-SA 4.0