Wszystko o moim pradziadku – prywatne śledztwo młodego Rosjanina na temat historii wielkiego terroru

Radio Swoboda, 18 czerwca 2016

Stepan Iwanowicz Karagodin, chłop specjalizujący się w produkcji chleba, urodził się w 1881 roku we wsi Drowosecznoje w guberni orłowskiej. Na początku XX wieku jego rodzina przeniosła się na Daleki Wschód, do osady Wołkowskij pod Błagoweszczeńsk. Dzięki ciężkiej pracy Stepan Iwanowicz stworzył prężne gospodarstwo i zaliczał się w Wołkowie do kułaków. Został wybrany na atamana i przedstawiciela rady wiejskiej. W sierpniu 1918 roku wziął udział w zjeździe chłopskim zorganizowanym przez „Związek piekarzy”. Zjazd potępił działalność komisarzy Sownarkomu, odmówił poparcia dla mobilizacji chłopów do Armii Czerwonej, wezwał do formowania sił chłopskiej samoobrony i, opowiedziawszy się za Rządem Tymczasowym, szturmem ochotniczych chłopskich oddziałów zbrojnych przepędził bolszewików z Błagoweszczeńska.

karagodin

W 1921 roku Stepan Karagodin został aresztowany i oskarżony o założenie organizacji kułacko-białogwardyjskiej. Spędził w więzieniu 3 miesiące. W 1928 roku ponownie go aresztowano (w tym za to, że będąc przedstawicielem rady wsi nie brał udziału w akcji „rozkułaczania” jej mieszkańców) i następnie skazano na trzyletnie zesłanie na Syberię na podstawie art. 54-14 Kodeksu Karnego Rosyjskiej Radzieckiej Federacyjnej Republiki Radzieckiej mówiący o „sabotażu kontrrewolucyjnym”. Karę odbył w Kraju Narymskim. Potem przeniósł się do Tomska, gdzie w nocy na 1 grudnia 1937 roku został aresztowany przez funkcjonariuszy tomskiej organizacji miejskiej NKWD, potępiony przez Kolegium Specjalne NKWD jako organizator szpiegowsko-dywersyjnej grupy „charbińców i deportowanych z Kraju Dalekowschodniego” oraz rezydent japońskiego wywiadu wojskowego i skazany na rozstrzelanie. Wyrok wykonano 21 stycznia 1938 roku.

Historii Stepana Karagodina poświęcona jest strona, którą stworzył jego prawnuk Denis (http://blog.stepanivanovichkaragodin.org). Ten 33-letni absolwent wydziału filozoficznego Tomskiego Uniwersytetu Państwowego, obecnie pracujący jako projektant, publikuje tam informacje o losach swojego pradziadka i innych krewnych. „Trudno mi jest nazywać Stepana Iwanowicza pradziadkiem, a jego syna, który również przeszedł przez Gułag i zmarł po wojnie od ran – dziadkiem. Obaj zmarli bowiem w młodym wieku”– mówi Denis Karagodin. Stepanivanovichkaragodin.org to jednak nie po prostu strona o rodzinnej historii, lecz prawdziwe śledztwo: Denis postanowił zebrać informacje o wszystkich, którzy uczestniczyli w fałszowaniu dokumentów obciążających jego pradziadka i innych osób aresztowanych w ramach „Sprawy Charbińskiej”, a także zrekonstruował cały zbrodniczy łańcuch: od kremlowskich inicjatorów „Wielkiego Terroru” do jego szeregowych wykonawców z Tomska.

karagodin2

Denis Karagodin opowiedział Radiu Swoboda o swojej nadziei na zakończenie tego śledztwa prawdziwym procesem sądowym.

– Zabójstwo Stepana Iwanowicza pewnie przez wiele dziesięcioleci pozostawało dla pana rodziny traumą.

– On tym, że go rozstrzelano, rodzina długo nie wiedziała. Po aresztowaniu Stepana Iwanowicza jego żona Anna Dmitrijewna wiele lat szukała go po obozach i więzieniach. Jeździła po całym ZSRR w nadziei na odnalezienie miejsca, w którym jest przetrzymywany.

Trwało to aż do momentu, gdy w 1955 roku przyszli do niej funkcjonariusze KGB, żeby ją przesłuchać. Po tym zdarzeniu pojechała do rodziców i w pociągu z kimś rozmawiała o swoim losie i stracie. Nagle usłyszała, jak dwóch ludzi (którzy chyba słyszeli jej opowiadanie) mówili między sobą: „A pamiętasz, był taki Karagodin Stepan, pracował u nas w obozie jako szewc”. Anna Dmitrijewna później przysiadła się do nich, żeby wypytać ich, co wiedzą, ale oni odmówili rozmowy z nią, mówiąc, że się przesłyszała i wysiedli na następnej stacji. Przypuszczam, że była to zorganizowana akcja KGB, która miała uwiarygodnić legendę, że Stepan Iwanowicz zmarł w obozie. Informacje, że mógł on pracować jako szewc, zawarte były bowiem tylko w jego teczce personalnej z 1937 roku. A zatem poszukiwania i próby ustalenia kolei losu Stepana Karagodina nie zakończyły się nigdy. Każde pokolenie naszej rodziny robiło w tej sprawie wszystko, co się dało.

– Ile dzieci miał Stepan Iwanowicz?

– Dziewięcioro. To była duża chłopska rodzina. Dwóch synów służyło w Tomsku jako żołnierze  poborowi. Mówiono im: „Wasz ojciec to wróg narodu, musicie starać się służyć dobrze, to może złagodzą mu karę”. Potem aresztowano mojego dziadka – młodszego syna Stepana Iwanowicza – Lwa Iwanowicza. Trafił do Sibłagu [Syberyjski obóz naprawczy NKWD, integralna część systemu Gułagu – przyp. tłum.] przy stacji „Tajga”. Pracował tam przy wyrębie drewna. Gdy zaczęła się II wojna światowa, zgłosił się dobrowolnie do karnego batalionu. Brał udział w kontrataku Armii Czerwonej pod Moskwą, odniósł wiele ran. Potem była bitwa pod Kurskiem i tak dalej. Był czołgistą, strzelcem, kierowcą samochodu ciężarowego, radiotelegrafistą. Każda kolejna wojskowa specjalność to kolejna rana, po której nie mógł on już służyć na tej samej pozycji i przydzielany był do innej (stosownie do możliwości fizycznych). Robił wszystko, aby zalegalizować swój status, ponieważ jego ojciec był wrogiem narodu. Nawet nie wiedział wtedy, że jego ojca już dawno rozstrzelano. Po wojnie, będąc inwalidą wojennym, podjął pracę w Tomskim Instytucie Politechnicznym jako laborant i tam wstąpił do KPZR (w celu tejże legalizacji). Udało mu się dzięki tytanicznej pracy. Nawiasem mówiąc, wstąpienie do KPZR bardzo odcisnęło się na jego stosunkach z bratem Kuźmą, który długo nie mógł mu tego wybaczyć. Ale mój dziadek dobrze wiedział, co robi. To była polityczna gra. Do Tomska wrócił on po wojnie zresztą właśnie po to, aby „spotkać” swojego ojca. Był już wszak rok 1947, termin wyroku pradziadka upłynął.

– Czy jako łagiernik Stepan Iwanowicz miał, jak to zwykle bywało, dziesięcioletni zakaz prowadzenia korespondencji?

– Przypuszczam, że czegoś takiego nawet nie ogłoszono. Na podstawie podobnych historii można jednak sądzić, że tak było. Potem, w latach 1950., wydano zaświadczenie, że Stepan Iwanowicz podobno zmarł w więzieniu. Podczas rewizji procesów sprawy zwykle sprawdzano, zamykano i do urzędów stanu cywilnego spływały dyrektywy, aby określić przyczyny czyjejś śmierci stosownie do wieku i płci (niby z przyczyn naturalnych) – zapalenie płuc i tak dalej.

– I przesuwali daty o kilka lat do przodu, aby wydawało się, że człowiek zginął podczas wojny.

– Dokładnie tak. Zamówiłem świadectwo zgonu w lokalnym urzędzie i potem pomyślałem: poczekajcie, ja przecież wiem, że ta sprawa obejmowała jeszcze 8 osób. I zamówiłem jeszcze ich dokumenty. Rzeczywiście, okazało się, że tylko w trzech przypadkach dane były prawdziwe, w innych sfałszowane. I taki stan utrzymuje się nadal.

– Pana pradziadek był uważany za przywódcę tej grupy „japońskich szpiegów”?

– Kierownik, twórca kontrrewolucyjnej powstańczej organizacji, szpiegowsko-dywersyjnej grupy, polecono mu jakoby organizować zamachy, zrywać wybory – cały zestaw. Takich spraw w Tomsku było bardzo wiele. Funkcjonował cały przemysł fabrykowania takich spraw. Ludzi dopasowywano do nich na podstawie danych ankietowych albo paszportów. Przychodziła dyrektywa jakieś liczby ludzi i potem pod to wymyślano historie o ich rzekomej pracy szpiegowskiej. Ludzie aresztowani w ramach jednej sprawy mogli nawet nie znać siebie nawzajem. W Tomsku co najmniej dwa tysiące osób rozstrzelano w ramach charbińskiej operacji NKWD, operacji polskiej itd.

– Cała ósemka ludzi aresztowanych w ramach sprawy pańskiego pradziadka została rozstrzelana?

– Tak, wszystkich rozstrzelano w 1938 roku. Ten, który rzekomo zwerbował ich do obcego wywiadu, został rozstrzelany wcześniej i rozstrzelano również tego, który miał zwerbować jego. Żadna z osób aresztowanych w ramach tej sprawy nie znała pozostałych. Były to wstrząsające historie. Dobry przykład to sprawa duchownego Nikołaja Simo – tego samego, którego Rosyjska Cerkiew Prawosławna Patriarchatu Moskiewskiego ogłosiła teraz świętym męczennikiem. Jego rozstrzelano w Leningradzie (gdzie odbywał swoją posługę), a jego syna wysłano z żoną do Tomska. W Tomsku syna aresztowano, rozstrzelano, a żonie o tym fakcie nie powiedziano. Dwa miesiące później i ją aresztowano, „przyszyto” do sprawy Stepana Iwanowicza i również rozstrzelano. Dysponuję aktami zgonu wszystkich ludzi rozstrzelanych w ramach „mojej” sprawy i zamierzam złożyć wniosek o ich poprawienie, bo na wszystkich figurują fałszywe dane.

– Zażądał pan nawet od FSB wydania ciała…

Napisałem po prostu tak: mam do was kilka pytań. Po pierwsze: czy pociągnięto do odpowiedzialności osoby winne masowego zabójstwa. Po drugie: proszę wydać mi ciało. W FSB zdziwili się: „Jakie ciało?” – „Ciało mojego pradziadka Karagodina Stepana Iwanowicza”. Od tego zaczęła się cała mitręga, czyli składałem formalne wnioski i dostawałem formalne odpowiedzi. Jestem pewien na sto procent, że oni doskonale wiedzą, gdzie odbywały się egzekucje. Całe miasto to wie. Ja wiem, gdzie znajdują się ciała. Wiem, że istnieje akt egzekucji, na którym wypisane są nazwiska wykonawców tej egzekucji, tych, którzy służyli w sektorze operacyjnym tomskiego oddziału NKWD w dniu 21 stycznia 1938 roku, bo w teczce sprawy znajdują się odpisy tego aktu. Ale mnie oryginałów nie udostępniono, mówiąc, że są one w złym stanie, choć ich kopie dostałem. Czyli: ciała nie wydają, miejsca pochówku nie podają, aktów egzekucji nie udostępniają.

– A gdzie jest to miejsce pochówku, które rzekomo zna całe miasto?

To Kasztacka Góra [od dzielnicy „Kasztak” – przyp. tłum.]. To taki duży rów, tam jeszcze za czasów carskich znajdowało się więzienie przejściowe, które potem wykorzystywano w okresie bolszewickiego terroru. Tam odbywały się egzekucje. Stosowano trzy metody. Rozstrzeliwanie nie było dość skuteczne, jak dziwnie by to nie brzmiało. O wiele bardziej skuteczne okazywało się duszenie albo bicie w głowę łomem. W latach 1980. stowarzyszenie „Memoriał” znalazło w tym rowie ludzkie szczątki. Jest to ogromny rów naturalnego pochodzenia, bardzo dobrze nadający się do chowania ciał – po prostu się je tam wrzuca. W instrukcji NKWD/MGB wskazano, że trzeba podnieść darń i pod murawą umieścić ciało w jamie, ale nie wiem, czy tak samo odbywało się to w Tomsku. To miejsce miało swoją specyfikę. Zamordowano tam i pogrzebano ogromną liczbę ludzi.

– Pisał pan, że podczas wojny groby rozkopywano i handlowano znalezioną w nich odzieżą.

To prawda, podczas II wojny światowej represji nie zaprzestano, rozstrzeliwania kontynuowano. Przychodziły kobiety z miasta, rozkopywały rodzinne groby wykopane koparką (to było obok rowu), po czym zdejmowały z trupów odzież i sprzedawały ją na centralnym rynku w mieście. Sytuacja była generalnie o wiele straszniejsza niż to się wydaje na podstawie dokumentów. Gdy staliński oddział NKWD (obecnie jest to miasto Nowokuznieck w obwodzie kemerowskim),  wezwał oddział w Tomsku do udziału w „socjalistycznym współzawodnictwie”, którego celem było ustalenie, kto represjonuje i rozstrzeliwuje więcej ludzi, Tomsk wygrał. Albo gdy w nowosybirskim więzieniu funkcjonariusze zrobili konkurs, kto za pierwszym razem zabije więźnia jednym uderzeniem buta w pachwinę…Ja nie mam siły, aby o tym mówić. Nie chcę tej makabry tykać, tego nie da się czytać. Wiele bym oddał, aby o tych rzeczach nie wiedzieć.

– Gdzie zachowały się takie relacje?

– Na przykład we wspomnieniach funkcjonariuszy, którzy prowadzili pracę filtracyjno-weryfikacyjną dotyczącą tych spraw w latach 1960.

– Na Kasztackiej górze jest jakiś pomnik?

– Jest tam krzyż, ustanowiony w latach 1990. W latach 1980., gdy pracował tam „Memoriał”, nagrywał video, wydobywał szczątki, w tym ciała z roztrzaskanymi czaszami, jeszcze można było prowadzić jakieś ekshumacje. Ale teraz jest to niemożliwe, rów jest zawalony odpadami przemysłowymi (częściowo na nim stoją domy mieszkalne i budynki biurowe). Proszę sobie wyobrazić, co będzie, jeśli kilka całkowicie zniszczonych dziewięciopiętrowych budynków zawali się do rowu…Gdy ja to zobaczyłem, chyba po raz pierwszy w życiu zrozumiałem, że tego nie da się zrobić, że to nie ma sensu.

– Pana interesują jednak nie tylko ofiary, lecz i kaci. Zbiera pan dane o wszystkich, którzy przyczynili się do zabójstwa pana pradziadka. Co i jak udało się już znaleźć?

Gdy dokonywano przeglądu sprawy, wzywano na przesłuchania funkcjonariuszy, którzy uczestniczyli w rozstrzeliwaniach i fałszowaniu dokumentów. Ale ludzie, przed którymi oni zeznawali, byli z reguły ich kolegami. Formalnie była to prokuratura wojskowa, ale potem było to już weryfikacja wewnątrzpartyjna, a do partii należeli w Tomsku ci sami ludzie. Mam, na przykład, cudem pozyskane dokumenty dotyczące weryfikacji towarzysza Gorbenko. Była to szczególna postać – Gorbenko Georgij Iwanowicz, kierownik operacyjny trzeciego oddziału Miejskiego Oddziału zarządu NKWD obwodu nowosybirskiego w Tomsku, młodszy porucznik bezpieki ZSRR. To właśnie Gorbenko był śledczym w procesie poety Klujewa i wykonawcą jego egzekucji. Masowy morderca i fałszerz. Tak też napisano o nim we wszystkich dokumentach, ale ponieważ w prezydium zasiadali jego koledzy, sprawę jego utopiono. „Za naruszenie praworządności socjalistycznej” rozstrzelany został tylko naczelnik oddziału NKWD w Tomsku Iwan Wasiliewicz Owczinnikow, kapitan bezpieki ZSRR. A całej reszcie wszystko generalnie uszło na sucho.

Gorbenko udało się przeżyć II wojnę światową, trafił do niemieckiej niewoli, podarł legitymację partyjną. Po zwolnieniu przywrócono go do partii, był naczelnikiem obozów koncentracyjnych na Syberii, potem w Tomsku kierował technikum komunalno-budowlanym, gdzie także zajmował się fałszerstwami, tylko już wobec studentów. „Grał” z dokumentami dotyczącymi mieszkalnictwa, miał sprawy dyscyplinarne, nagany, ale byłym asem gry aparatczykowskiej, więc przeżył absolutnie wszystkich, wszystkich przechytrzył. Miał syna, który nie miał dzieci, bo został napromieniowany w elektrowni atomowej w zamkniętym mieście Tomsk-7. Ich majątek, zdobyty nie wiem jak, kilka tysięcy rubli, został roztrwoniony przez żonę tego syna, niezbyt uczciwą kobietę. A zatem historia tej rodziny skończyła się źle.

Takich przypadków w aktach sprawy jest bardzo wiele Na przykład, sierżant bezpieki Zwieriew Anatolij Iwanowicz („sierżant” – to najmłodsza nazwa oficerska w systemie NKWD), śledczy, pracował na kilku stanowiskach w milicji, Syberyjskim Okręgu Wojskowym, jednostkach wojskowych, a także zajmował się fałszerstwami. Podczas II wojny światowej, będąc naczelnikiem wydziału specjalnego, wyjeżdżał do miejsc stacjonowania jednostek i tam aresztował przynajmniej 30 ludzi, za co otrzymał medal „Za zasługi bojowe” – faktycznie, zasłużył się. Za to samo dostał też Order Gwiazdy Czerwonej. Wszyscy oni – i Gorbenko, i Owczinnikow i Zwierow – to bezpośredni sprawy zabójstwa mojego pradziadka.

Moje poszukiwania zacząłem od tych, którzy byli bezpośrednio zaangażowani w egzekucję pradziadka. Byli to: prokurator Tomska Nikołaj Piliuszenko (absolutny maniak, tomski Wyszyński), sekretarz III oddziału bezpieki Poliakow, pierwszy zastępca narkomu spraw wewnętrznych Frinowsi, sekretarz Zachodniosyberyjskiego krajkomu WKP(b) Robert Eiche. Eiche podczas przesłuchania złamano kręgosłup. On jako jedyny nie przyznał się, że jest wrogiem narodu, ale nie uratowało go to. A organizator zbrodni to Dżugaszwili Iosif Wassirionowicz i wszyscy pozostali, którzy podpisali się pod decyzją politbiura CK WKP(b) numer P5194 z 2 maja 1937 roku „antyradzieckich elementach”.

– Czyli pan próbuje zrekonstruować cały łańcuch osób, które przyczyniły się do zabójstwa pana pradziadka – od prostych wykonawców w Tomsku do Kremla?

– Ustaliłem na podstawie dokumentów. Ciągle otwierałem kolejne nowe horyzonty. Odkrywałem powiązania na podstawie numerów rozkazów. Należy wspomnieć, że biografie wszystkich tych ludzi zostały zrekonstruowane nie dzięki FSB, bo oni robią wszystko, aby tego nie dało się ustalić. Pytałem ich: interesuje mnie przypadek Owczinnikowa, naczelnika tomskiego oddziału miejskiego NKWD, który został rozstrzelany, jest nawet teczka jego sprawy filtracyjno-weryfikacyjnej, 12-13 tomów akt. Czy można otrzymać jego fotografię? „U nas jej nie ma” – odpowiedziano mi. A tymczasem portret olejny Owczinnikowa wisi w korytarzu tego budynku. Takich przykładów jest bardzo wiele. Wszystko, co ustaliłem o tych funkcjonariuszach, ustaliłem bez pomocy FSB.

– Czy pana po prostu ciekawi, jak ułożyły się losy tych ludzi czy jest też jakiś inny cel?

– Początkowo chciałem tylko wznowić sprawę Wyższego Kolegium Wojskowego o rehabilitacji. Potem dostałem świadectwo zgonu, pradziadka i wszystkich innych, którzy byli figurantami tamtej sprawy. Następnie zadałem sobie pytanie: czy zostali pociągnięci do odpowiedzialności ludzie, którzy wykonywali masowe zabójstwa? Przyszedłem do biura FSB i powiedziałem: wezwijcie, proszę, dyżurnego. Przyszedł major, miły człowiek, oni tam wszyscy są mili. Nawiasem mówiąc, chcę powiedzieć, jeśli ktoś z was pójdzie do jakiegokolwiek archiwum, nieważne jakiego, nigdy nie opowiadajcie o swoich uczuciach – to nikogo nie interesuje. Zostaniecie uważnie wysłuchani, ale urzędnicy zrobią to, bo nakazuje im służbowa instrukcja.

Możecie myśleć, że oni są dobrymi ludźmi. Na przykład, był taki człowiek Romanow Aleksandr Aleksandrowicz, kierownik trzeciego oddziału tomskiego oddziału miejskiego NKWD, także bezpośredni i masowy zabójca w „mojej” sprawie. Istniał nie tylko przemysł fałszowania w Tomsku, lecz i przemysł czarnej kasy NKWD, czyli (przy aresztach) konfiskowano dowody rzeczowe: dokumenty, pieniądze, cenne rzeczy i nawet mieszkania – to wszystko rozdysponowano, sprzedawano między swoimi. Była sieć czarnych pośredników (i wszystko to funkcjonariusze tomskiego NKWD i partyjni naczelnicy miasta). Aleksandr Romanow aresztował Lwa Wiszniewskiego, profesora katedry balistyki zewnętrznej Tomskiego uniwersytetu, oskarżył go o to, że dozbraja faszystów, japońskich lub niemieckich, nawiązał niemal przyjacielskie stosunki z jego córką, znajdującą się na wolności (nawet sprzedawał jej zegarek jej aresztowanego ojca, był śledztwem w jego sprawie). Ona myślała, że on jest wspaniałym człowiekiem, który jej pomaga, a on eksmitował ją z mieszkania, sam się do niego wprowadził i do swojej śmierci w 2011 roku ona była przekonana, że w bezpiece pracował taki dobry człowiek, a w rzeczywistości to był morderca jej ojca. Podobna historia „na zaufanie” miała miejsce między śledczym Zweriewem i jednym z synów Stepana Iwanowicza – Kuźmy (który pojęcia nie miał, że Zwieriew był śledczym), tym samym Kuźmą, który pokłócił się z moim dziadkiem – swoim bratem, po jego wstąpieniu do KPZR. Takich przykładów jest wiele. To a propos tego, że uśmiech bywa oszukańczy.

Przyszedłem do FSB. „Co się stało?” – zapytano mnie. „Wiecie, miało miejsce morderstwo” – odpowiadam. „To znaczy?”. I wtedy ja pokazuję teczkę sprawy, kopię z kolegium Sądu Najwyższego. „Rozumiem. Proszę napisać wniosek”. Napisałem. Pozwolono mi zaznajomić się ze sprawą. Ale nie w pełnej skali, lecz ograniczonej; większa część kart była „zakopertowana” [tu: niedostępna – przyp. tłum.]. Gdy chcesz zapoznać się ze sprawą, obok siada funkcjonariusz, dosłownie 15 centymetrów od ciebie, patrzy, co czytasz i co notujesz. Odpowiedzi na pytanie, czy mordercy zostali ukarani, nie dostałem. Podobno ukarano Owczinnikowa, kierownika oddziału miejskiego NKWD, i tyle. Mnie to nie do końca usatysfakcjonowało. Gdzie jest potwierdzenie, że on poniósł karę za zabójstwo mojego krewnego? Oczywiście, ja rozumiem, że również za to, ale chciałem mieć dowód na piśmie, że Owczinnikow, kierownik tomskiego oddziału miejskiego NKWD, był (według akt sprawy) rozstrzelany w Nowosybirsku, ale w tamtejszym urzędzie stanu cywilnego potwierdzenia na to nie ma. Niektórzy twierdzą, że człowiek ten zginął podczas II wojny światowej, jako żołnierz batalionu karnego. Takich przykładów jest wiele. W przypadku Gorbenki, który ponosił odpowiedzialność m.in. za śmierć Klujewa, akt zgonu istnieje. Zginął w Tomsku, przyczyna śmierci: zawał.

– Czyli występuje pan w roli prywatnego detektywa?

Są elementy, na podstawie których faktycznie można tak powiedzieć. Na przykład, gdy brakowało zdjęć Gorbenki, masowego mordercy i fałszerza, musiałem pójść do Tomskiego technikum komunalno-budowlanego i tam dostać te fotografie pod innym pretekstem.

– Śledztwo zwykle kończy się procesem sądowym…

– Ja chcę odnaleźć miejsce pochówku – to po pierwsze. Po drugie: otrzymać odpowiedź, czy ludzie oskarżani o zabójstwo mojego pradziadka i siedmiu innych ludzi zostali pociągnięci do odpowiedzialności. Ale tak naprawdę chodzi nie o ośmiu, lecz co najmniej dwa tysiące. I chcę zebrać wszystkie dokumenty, które dotyczą losu Stepana Iwanowicza. Jeśli rzeczywiście uda się, to złożę oficjalne oświadczenie do Komitetu Śledczego albo jakiejkolwiek innej instancji i uruchomię proces. Nie abstrakcyjny – sąd nad bolszewizmem i terrorem – lecz właśnie w tej sprawie. Wydawałoby się, że sprawa się przedawniła, ale przecież są precedensy – na przykład, sprawa Magnitskiego: dochodzenie wszczęto już po jego śmierci.

Są subtelności, które przy dobrym sformułowaniu wniosku pozwalają przynajmniej zarejestrować oświadczenie. Rozumiem, że być może to brzmi utopijnie i ponadnaturalnie, ale wszystko to, co udało mi się zrobić od 2012 roku, gdy uruchomiłem stronę, świadczy o tym, że niemożliwe jest możliwe. Teraz wszystkie osoby, które przyczyniły się do zabójstwa, są ustalone. Jedyne, czego nie ustalono, to kto bezpośrednio uczestniczył w egzekucjach. Ale przybliżony krąg nazwisk jest już określony. Ustalenie szczegółów to tylko kwestia czasu.

– Śledczy był jednocześnie wykonawcą wyroku?

– Nie jeden. W istocie, tam była grupa egzekucyjna. To była specjalna zbiorcza grupa. Śledczy naciskał na spust, albo walił łomem, albo dusił. Ciężko sobie wyobrazić, co się tam działo. Grupę egzekucyjną specjalnie pojono alkoholem i ludzie szaleli. Podczas Wielkiego Terroru było wiele samobójstw wśród funkcjonariuszy, w tym również miejskiego oddziału NKWD w Tomsku. Pewnie byli to ci sami „uczciwi czekiści”, choć to dziwnie brzmi (taki oksymoron), którym po prostu nie wytrzymała psychika.

– Nie myśli pan o napisaniu książki o swoim śledztwie?

Teraz ilość materiałów jest akademicka, to można przerobić na pracę doktorską lub monografię. Na przykład, mam masę danych o funkcjonariuszach tomskiego miejskiego oddziału NKWD, udało się je znaleźć w uczciwy sposób, ponieważ ktoś nie zniszczył dokumentów w byłym partyjnym archiwum Tomska. Tych po prostu nie zniszczono, być może zwyczajnie przez przypadek; natrafiałem na zespoły, w których było wyraźnie widać, że część dokumentów została zniszczona.

– W Rosji już dawno zerwana została ciągłość epok. Takie podejście do przeszłości, do historii rodzinnej, jak u pana, zgodzi się pan, jest dość rzadkie. O wiele częstsze jest nieposiadanie żadnej wiedzy o przodkach.

– Gdy pracujesz z dokumentami, zdajesz sobie sprawę, że czas to coś bardzo relatywnego. On nawet nie jest dyskretny, ma jakiś całkowicie inny parametr, jakość. Na uniwersytecie zajmowałem się problematyką czasu, Heideggerem, analizując kategorię tradycji. Na przykład, nasz rówieśnik Simon Korgoski, analizując kategorię „czas”, dzieli go na czas fundamentalistów, postępowców i osobno wydziela czas aparatczyków (tj. urzędników). Urzędnik żyje albo dyrektywą, albo wnioskiem obywatela. Gdy zderzasz się z jakąś państwową strukturą, masz misję, cel, jesteś obarczony tradycją, historią rodziny, w moim przypadku jest to około 200 lat potwierdzonej dokumentami obecności – moja dowiedziona egzystencja. A naprzeciwko ciebie jest urzędnik, który ograniczony jest (w swoim potencjale w najlepszym przypadku) tylko czasem działania tej struktury, na przykład NKWD, to 70 lat; jeśli uwzględnić tradycję FSB, trochę więcej. Ale de facto po prostu czasem przyjęcia mojego wniosku i reakcji na niego w ciągu następnych 30 dni. Siły są, delikatnie mówiąc, nierówne, i przewaga jest wyraźnie nie po ich stronie. To mój egzystencjalny łom. Coś podobnego do filozoficznego młota Nietzschego. Właśnie dlatego udawało mi się i udaje się nadal zdobywać dokumenty, świadectwa i relacje, które opublikowane na stronie. Co się tyczy ciągłości epok i historii rodzinnej, ja niczym nie odróżniam się od wszystkich pozostałych. II wojna światowa i represje są stale obecne w podświadomości wszystkich.

– Pana śledztwo nie jest jeszcze zakończone. Co zostało do wyjaśnienia?

– Chcę poznać nazwiska wszystkich ludzi uczestniczących w egzekucji. I ja je dostanę, wcześniej czy później. Gdy człowiek zapoznaje się z archiwalnym śledztwem, widzi po prostu umowne określenia, typu „funkcjonariusz zarządu NKWD Zwieriew”, i nic więcej, czyli żadnych relacji i danych. Ale ja wiedziałem, że gdy opublikuję wszystkie zebrane przeze mnie dokumenty w Internecie i one zostaną zindeksowane przez systemy wyszukiwania, coś zacznie się dziać. I rzeczywiście zaczęło się dziać i dzieje się. Poprzez stronę do mnie zaczęli zwracać się ludzie. Na przykład, krewni tego samego człowieka, który jakoby zawerbował mojego pradziadka do japońskiego wywiadu. Albo np. mam sprawę o rozkułaczaniu z 1928 roku – to terytoria Dalekiego Wschodu, do mnie zaczęli się zwracać ludzie, którzy byli związani ze wsią Wołokowo rejonu Błagowieszczeńskiego. Udało się nawiązać kontakty, pojechałem tam w 2013 roku, i tam z obserwatora stałem się aktorem.

Cudem dostałem fotografię chłopskiego gospodarstwa mojego pradziadka w Wołkowie (lata 1920-24, lata absolutnego rozkwitu; rodzina miała nie mniej niż 200 hektarów ziemi uprawnej). Ustaliłem dokładne współrzędne GPS domu. I kiedy przybyłem do Wołkowa, wyjaśniłem u tamtejszych mieszańców, że dom zburzono w latach 1960-70. Dotarłem do tamtego miejsca…i zobaczyłem dokładnie to samo, co widział Stepan Iwanowicz niemal sto lat wcześniej, w latach 1901-1902. Ja, tak jak on, zobaczyłem puste miejsce. Przy czym także nasz wiek był w gruncie rzeczy tak sam. I wtedy pomyślałem: czy ten wiek faktycznie upłynął? Gdzie jest to wszystko, co się w nim wydarzyło? Dlaczego widzę to samo, co on wtedy? Wydało mi się to równocześnie i jakąś pętlą czasu, i jakąś kpiną…I w tym samym czasie także zwieńczeniem całych rządów radzieckich w Rosji. Tyle wszystkiego na tym miejscu się wydarzyło, ale tym nie mniej nagle mamy puste miejsce. To było niemal mistyczne doświadczenie. I jeszcze dla mnie było czymś absolutnie fantastycznym, że jakby trafiłem na tę fotografię, ponieważ wcześniej dla mnie to miejsce niczym nie odróżniało się od jakiejś bajki…I oto w tamtej chwili zrozumiałem, że teraz nie jestem już po prostu obserwatorem, lecz aktorem.