PRAWO DO BYCIA SŁABYM

Anastasiia Sergeeva, lipiec 2016

Już trzeci tydzień na portalach społecznościowych na Ukrainie, w Rosji i na Białorusi wrze. Kobiety opowiadają o swoich doświadczeniach z przemocą, do nich dołączają mężczyźni, a w odpowiedzi często słyszą wyrzuty, oskarżenia i krytykę. Kampania #NieBojęSięPowiedzieć (#ЯнеБоюсьСказати, #ЯнеБоюсьСказать, #ЯнеБоюсьСказаць) stała się jedną z największych debat internetowych, angażującą równocześnie trzy postradzieckie kraje i ujawniającą ich wspólny problem: przyzwolenie dla stosowania przemocy przez silnych wobec słabych.

nebojys

Ukraińska aktywistka Anastasija Melniczenko i jej grupa przypadkowo natrafiły na najbardziej delikatne i wrażliwe miejsce kultury postradzieckiej. To samo, które odróżnia do dziś przestrzeń postradziecką od Europy, ale które również odróżnia ją od Azji. To ta ideowa granica, którą my wszyscy przyjmowaliśmy od urodzenia i nie zastanawialiśmy się nad jej istnieniem, ani nad tym, czy nie powinna ona zniknąć.

Debata #NieBojęSięPowiedzieć, która toczyła się na portalach społecznościowych, zaskoczyła swoją masowością samych jej inicjatorów. Niespodzianką było też to, że stała się ona wspólną terapią dla kilku postradzieckich krajów naraz. Ukraińskie, rosyjskie i białoruskie kobiece historie o przemocy, zebrane pod tymi hashtagami, ujawniły głęboki problem tkwiący w naszych kulturach – problem przemocy jako sposobu życia, jako instrumentu osiągania i umacniania sukcesu oraz zapewniania sobie władzy i powodzenia w życiu.

Kilka tysięcy kobiet opowiedziało o tym, jak poddawano je przemocy w najróżniejszych sytuacjach. Niektóre z nich zgwałcono w krzakach w biały dzień albo wieczorem, inne w obecności przyjaciół. Jeszcze inne kobiety pisały o obmacywaniu w środkach transportu publicznego, molestowaniu przez znajomych, kolegów lub krewnych, gwałtach zadanych im w wieku nastoletnim, molestowaniu seksualnym lub przemocy ze strony ojczymów czy nawet rodzonych ojców, biciu i przemocy ze strony mężów – coś z tego z pewnością przydarzyło się co drugiej kobiecie w Rosji, na Ukrainie lub na Białorusi.

Wszystkich poraziła skala i rozmach tych wyznań. Bardzo wielu mężczyzn zareagowało na to gniewnie. Komentowali, że oni przecież nie są tacy i na pewno to wszystko kłamstwa. Inni zaś dowcipkowali: aha, czyli teraz już nawet dotknąć was nie wolno? Jeszcze inni – mniejszość – wyrażali współczucie, poparcie dla kampanii i publicznie zastanawiali się, gdzie i kiedy oni mogli przekroczyć granicę, nadużyć swojej siły, nie zauważając tego. Byli jeszcze ci, którzy od razu zakrzyknęli: same jesteście gwałcicielkami, i to zarówno w przenośni, jak i w sensie dosłownym. I tylko bardzo niewielu dostrzegło, że kampania ta dotyka problemu, przez który cierpi całe nasze społeczeństwo. Zdobyli się na to, aby przyznać, że ten problem istnieje, ale nie zaproponowali, jak go rozwiązać.

Przemoc wobec kobiet i dzieci to historyczna podstawa zależności w społeczeństwie. Słaby zależał od silnego i dlatego słaby nie miał prawa do swojego życia i swojego ciała. Jego przeznaczeniem było obsługiwać silnego we wszystkim. To może zdawać się dziwne, ale pokolenie naszych matek (nie mówiąc już o babciach) uważało na ogół seks za obowiązek albo zło konieczne życia rodzinnego, czyli taką samą sprawę bytową jak golenie, gotowanie czy mycie naczyń. Przyjemność? O czym wy mówicie? – powiedziałyby chórem nasze matki i babcie, gdyby ktoś namówił je na zwierzenia na ten temat. To dlatego tak często matki i teściowe stają w obronę męża stosującego przemoc: mają zakodowane w głowach, że kobieta, która narzeka, stawia się i protestuje, zachowuje się „nienormalnie”.

Jak słusznie zauważyła Ludmiła Petranowska (zob. Проверка на вшивость. Спектр) w kulturze radzieckiej połączono sztucznie połączone dwa modele relacji między mężczyzną a kobietą: „model wschodnio-patriarchalny”, traktujący kobietę jako własność mężczyzny, który jej jednak broni i chroni, oraz „europejsko-równościowy”, który zakłada równość obu płci wobec prawa i drugiego człowieka oraz obronę każdego obywatela przez państwo niezależnie od płci czy wieku. Pierwszy model wydawał się większości czymś naturalnym, ale zaczął się rozpadać, gdy wraz ze zmianami cywilizacyjnymi osłabły tradycyjne więzi społeczne. Drugi zaczęło w pewnym momencie promować państwo, które nie zamierzało jednak nikogo bronić.

Radzieccy przywódcy przejęli model europejski, traktując go jako postępowy, ale nie śledzili tego, jak jest on realizowany w praktyce, nie starali się wzmocnić tej jego części, która dotyczy prawa (bo z prawem w ogóle było u nich kiepsko) i co więcej, chętnie posługiwali się starym modelem patriarchalnym, gdy było to dla nich wygodne. A społeczeństwo stopniowo urbanizowało się, rozpadały się stare więzi i w końcu każdy człowiek musiał sam troszczyć się o własne bezpieczeństwo.

Przemoc na ulicach i w domu, wobec postronnych, koleżanek, żon i dzieci – to nie rzadkie odstępstwa od normy, lecz sama norma. Norma życia w naszym postradzieckim społeczeństwie. Reguła, że silny powinien udowadniać swoją siłę, poniżając słabego, zaś słaby podporządkować się i uznać „właściciela”, rozciąga się w istocie także na świat mężczyzn. Tam wewnątrzgatunkowa walka jest jeszcze brutalniejsza i bardziej szalona: każdy mężczyzna musi udowodnić, że nie jest słaby (czyli nie jest „babą” ani dzieckiem), a osiągnąć ten cel o można jedynie pokonując innego mężczyznę i nie pozwalając mu siebie poniżyć.

Właśnie na tym opiera się system relacji w więzieniu, armii, domu dziecka – w każdej zamkniętej instytucji, w której dziesiątki ludzi jednej lub obu płci są stłoczone razem i tworzą swoje własne reguły wzajemnego traktowania. Model relacji typu „silny dostaje wszystko, a słaby powinien być jego niewolnikiem” jest szeroko rozpowszechniony w całym społeczeństwie, przy czym „silny” to ten, kto dysponuje siłą fizyczną albo posiada władzę lub pieniądze. To właśnie stąd bierze się doskonale nam znany, najprostszy model postradzieckiego szczęścia: trzeba stać się silnym, tj. pracować nad mięśniami, zdobyć dużo pieniędzy i zagarnąć władzę. Nieważne, co zdobędzie się w pierwszej kolejności, ale gdy się już to ma, trzeba koniecznie walczyć o resztę, bo inaczej nie jesteś facetem. A jeśli jesteś babą, to znajdź sobie właściwego męża i nie podskakuj.

To dlatego bandyci największego kalibru najpierw przy użyciu siły wyszarpywali pieniądze, a potem za te pieniądze kupowali sobie dyplomy, mandaty w Dumie albo stanowiska w rządzie. To dlatego zręczni handlarze najpierw starali się zgromadzić pieniądze, a potem zaopatrywali się w silną ochronę i w końcu również przedzierali się do kręgów władzy. I to dlatego również prości urzędnicy najpierw wykorzystywali swoją władzę, aby się jak najwięcej nakraść i równocześnie pomagali i bandytom i handlarzom, aby tamci mogli dostać jak najwięcej władzy, i w taki sposób kupowali sobie siłę fizyczną.

W zasadzie model radziecki odróżniał się od postradzieckiej tylko jednym: w ZSRR nie można było dostać wszystkiego na raz. Nawet na samym szczycie hierarchii trzy bazowe instrumenty przemocy były podzielone między różnych ludzi: nikt nie miał równocześnie władzy, siły i pieniędzy.  A niżej obowiązywał jeszcze ostrzejszy podział: kasta bandytów nie mogła przeniknąć do świata handlarzy lub nomenklatury, handlarzy nigdy nie uznawano w świecie bandytów i nie dopuszczano do władzy, a nomenklatura mogła tylko wykorzystywać okresowo bandytów i handlarzy, ale pozwolić sobie stać się i jednym, i drugim nie mogła.

Koniec lat 1980-tych przede wszystkim dlatego stał się czasem kruszenia starego porządku, że instrumenty przemocy i kontroli przestały być wtedy prerogatywą tej czy innej kasty – wszyscy zaczęli wykorzystywać wszystko. W latach 1990-tych wszystko się wymieszało, wszystko stało się „zamazane”, dlatego ponowne rozdzielenie kast stało się trudne.

Jako pierwszy próbę zawrócenia wszystkiego do tyłu podjął Łukaszenko. Udało mu się to. W niedużej i dość biednej Białorusi nie było bardzo silnych klanów ani liderów, dlatego mógł on szybko wytyczyć nowe granice, zbudować nowe zagony i rozlokował między nimi różne części elity i społeczeństwa. Nowe granice i porządki zostały zarysowane i nawet gdzieniegdzie zinstytucjonalizowały się, choć oczywiście wszyscy rozumieją, że siła, pieniądze i władza Łukaszenko mogą trwać długo, ale nie wiecznie.

Na Ukrainie poczucie posiadania prawa do bycia silnym mieli reprezentanci bardzo różnych grup społecznych, a proces mieszania się radzieckich kast nastąpił tam szybciej i zaszedł dalej niż w Rosji i na Białorusi. Dlatego Janukowyczowi nie udało się rozwiązać tego supła to białorusku i zamiast tego sam się zaplątał i stracił siłę, a potem władzę i pieniądze. W rezultacie wszyscy w społeczeństwie chyba zrozumieli, że należy przeprowadzić głębokie zmiany, i to nie tylko u innych, lecz i w samych sobie, ale co konkretnie trzeba zmienić, nie wszyscy jeszcze rozumieją albo nie chcą rozumieć. Z tego punktu widzenia wydaje się rzeczą znamienną, że flashmob skierowany przeciwko przemocy seksualnej zaczął się właśnie na Ukrainie. Jest to ważne świadectwo refleksji nad ogólnym problemem relacji między „silnymi” a „słabymi” i próba spojrzenia nań z różnych stron. Należy życzyć w tym Ukraińcom sukcesu.

Rosji z kolei wszystko jest jeszcze bardziej skomplikowane. Z jednej strony to właśnie tu zawsze istniało źródło tego modelu. Poczynając od czasów najdawniejszych, poprzez okres imperium aż do naszych dni, przemoc stanowiła podstawę życia społecznego w kraju. Z drugiej zaś, żyjące na terytorium Rosji narody wymieszały się, wymieszały się też kulturowe wzorce i teraz można równocześnie powoływać się np. na wielowiekową spuściznę prawosławia i islamu i deklarować poparcie dla nowoczesnej idei równouprawnienia silnych i słabych. Przy tym wszystkim jednak model „mam prawo być silnymi wszystkie prawa będą moje” zwyciężył w naszym kraju nad wszystkimi pozostałymi i stał się jedyną etyczną wartością, którą można naprawdę poczuć, zobaczyć i realizować w praktyce. Właśnie dlatego współczesna rosyjska polityka zagraniczna cieszy się w kraju takim poparciem: nią przecież też rządzi reguła, że jeśli jestem silny, to mam prawo do wszystko, a jeśli nie mam prawa, to udowodnijcie, że nie jestem wystarczająco silny.

W Rosji kampania #NieBojęSięPowiedzieć wywołała ostrą krytykę wielu mediów i oraz falę prześmiewczych lub gniewnych komentarzy na portalach społecznościowych nie dlatego, że cała męska połowa społeczeństwa chce móc dalej stosować przemoc wobec połowy żeńskiej, lecz dlatego, że była to kampania na rzecz uznania prawa słabego do bycia słabym.

„Tak, jestem słaba fizycznie, nie mam pieniędzy, aby kupić sobie fizyczne bezpieczeństwo i nie mam władzy, aby odgrodzić się od niebezpieczeństwa” – zdają się mówić te kobiety, które wzięły udział we flashmobie, opowiadając swoje prywatne historie. Bardzo niewielu mężczyzn zdobyło się na przyznanie kobietom tego prawa do bycia słabym i jeszcze mniej odważyło się otwarcie zadeklarować, że oni też chcą mieć prawo być słabi. Głos większości można podsumować następująco: tak, jesteście słabe, dlatego siedźcie i milczcie – znajcie swoje miejsce i nie leźcie tam, gdzie nie należy. Jest to przecież dokładnie to samo, co regularnie mówią wszyscy „silni” wszystkim „słabym” (inwestorzy lokalnym mieszkańcom, pracodawcy pracownikom, urzędnicy obywatelom, nauczyciele dzieciom, dziennikarze czytelnikom). We wszystkich sferach społecznych są „silni” i „słabi” i ci drudzy nie mają prawa nie mogą oczekiwać nic, poza ewentualnie współczuciem i litością ze strony silnych, za które – jeśli faktycznie zostanie im okazane – powinni być bezgranicznie wdzięczni swoim właścicielom.

Fakt, że ta debata została zainicjowana, jest niemniej bardzo ważny. Bardzo ważne jest też to, że wzięła w niej udział pewna liczba mężczyzn (niechby i mała), którzy zdecydowali się opowiedzieć o przemocy wobec nich samych – czy to seksualnej, doświadczanej najczęściej w okresie dorastania,

Tym nie mniej ten fakt, że ta rozmowa się zaczęła, jest bardzo ważny. Nie mniej ważne jest, że mężczyźni (nawet jeśli takich jest mało) postanowili powiedzieć o przemocy wobec nich samych. Nawet jeśli były to głównie przypadki przemocy seksualnej i doświadczanej najczęściej w okresie dorastania, to tabu i tak zostało przełamane. Nawiasem mówiąc, ci mężczyźni, którzy żalili się, że kobiety mogą mówić, że są słabe, podczas gdy oni nie, a przecież też są bici – także zasługują na szacunek. Im także ujawnili wspólny problem, ujawnili zapotrzebowanie na prawo do bycia słabym.

Wydaje mi się, że właśnie nadanie wszystkim prawa do bycia słabym może być początkiem budowy nowej rosyjskiej (a także ukraińskiej) etyki. Uświadomienie sobie tego prawa, która oznacza także prawo do bycia sobą i prawo do otrzymania własnego kawałka nieba i słońca bez konieczności wyszarpywania ich zębami i bronienia potem przed innymi – oto przyszły rezultat tej debaty. Powinniśmy podziękować za to jej organizatorom i życzyć sił i pewności siebie jej uczestnikom.