Oleg Kozłowski: Postanowiłem wyjaśnić losy mojego pradziadka

Jak zapewne wielu z Was wie, historia Rosji/ZSRR była tak tragiczna, że mało kto z dzisiejszych mieszkańców tego kraju zna nazwiska swoich pradziadków. Idąc za przykładem Denisa Karagodina z Tomska, którego historię prezentowaliśmy kilka miesięcy temu, Oleg Kozłowski z Moskwy postanowił wyjaśnić losy swojego pradziadka, który „przepadł” w 1938 roku. Publikujemy pełne tłumaczenie postu Olega Kozłowskiego.


***
Trzy miesiące temu postanowiłem wyjaśnić losy mojego pradziadka – Stanisława Antonowicza Kozłowskiego. Nie wiedziałem o nim praktycznie nic oprócz niejasnych rodzinnych plotek, z których wynikało, że przepadł on gdzieś pod koniec lat 1930. i więcej go nie widziano. Temat ten był niewypowiedzianym tabu, przy czym nie tylko przez cały okres radziecki, lecz i przez jakiś czas potem. Nikt, kto go znał, do naszych dni nie dożył.

Dręczyła mnie ciekawość i jakieś poczucie wstydu, że sam nie próbowałem niczego się dowiedzieć, że stałem się uczestnikiem tej zmowy milczenia. Aż przeczytałem historię Denisa Karagodina, porozmawiałem z Siergiejem Guljajewem, który badał sprawę swojego dziadka, i postanowiłem działać. Okazało się, że nie jest to aż tak trudne.

Jeszcze jakiś czas temu w prowadzonej przez Memoriał bazie ofiar represji natrafiłem na informację o aresztowaniu w Moskwie człowieka z samym nazwiskiem, imieniem i imieniem ojca oraz jakby znajomym adresem. Żadnej innej informacji oprócz roku urodzenia nie udało się znaleźć. Na początku grudnia wysłałem pocztą elektroniczną do archiwum FSB wniosek o wydanie mi kopii dokumentów dotyczących pradziadka, podając znane mi dane. Już po kilku tygodniach dostałem od FSB odpowiedź, że tych dokumentów u nich nie ma, ale dano mi numer sprawy i przekazano mój wniosek do Archiwum Państwowego. Stamtąd szybko do mnie zadzwoniono i zaproponowano, abym przyszedł zapoznać się z aktami sprawy po noworocznej przerwie świątecznej. Tak też zrobiłem.

Sprawa mojego pradziadka okazała się być typowa dla swojej epoki i równocześnie nietypowa. Chociaż to można na pewno powiedzieć o każdej sprawie. W lutym 1938 roku Stanisława Antonowicza Kozłowskiego, pracującego jako kierownik średniego szczebla w Naukowo-Badawczym Instytucie Organicznych Półproduktów i Barwników (NIOPIK), aresztowano. Powodów z punktu widzenia NKWD było wystarczająco dużo: w 1927 roku sądzono go już za działalność rewolucyjną (wtedy odsiedział dwa lata), jego ojciec był carskim oficerem, a matka – szlachcianką. Ale najważniejsze było to, że miał polskie nazwisko, a to był przecież okres walki z „polską agenturą”, którą ujawniano dosłownie w całym kraju. Co prawda, pradziadek pochodził z Mohylewa i nazywał siebie Białorusinem, ale kogo to obchodziło? I wreszcie, krótko przed tym aresztowany i rozstrzelany został dyrektor NIOPIKu, Mkarticz Gałustjan. A zatem nic dziwnego, że już na pierwszym przesłuchaniu Stanisława Kozłowskiego, które odbyło się miesiąc po aresztowaniu, żądano od niego przyznania się do szpiegostwa na rzecz Polski i z jakiegoś powodu równocześnie Niemiec.

I on się przyznał.

Powiedział, że został zwerbowany przez Gałustjana i na jego rozkaz szkodził, jak tylko mógł, władzy radzieckiej: zamawiał za granicą drogi sprzęt, ale nie przekazywał go pracownikom NIOPIK-u, tylko trzymał w magazynie. Oprócz tego, pradziadek informował jakoby Niemcy i Polskę o „politycznych nastrojach personelu inżynieryjno-technicznego” w zakładzie „Rewolucjonista” produkującym emaliowane kotły. Czytanie tych absurdalnych zeznań, w dodatku złożonych już na pierwszym przesłuchaniu, jest ciężkie. Ale oczywiście ja nie wiem, co działo się przez ten miesiąc, jaki upłynął od czasu aresztowania i potępiać pradziadka nie mogę, zwłaszcza, że on nikogo „nie wsypał”.

Ku mojemu zaskoczeniu, okazało się, że to nie wszystko. Z jakiegoś powodu Stanisław Kozłowski nie został rozstrzelany wkrótce po przyznaniu się do winy, jak było wtedy przyjęte. Do listopada 1938 roku w teczce jego sprawy nie ma ani jednego dokumentu. A potem pojawia się nowy protokół, z którego wynika, że pradziadek odwołał wszystkie zeznania. Kilka kolejnych przesłuchań, podczas których śledczy żądał od niego przyznania się do sabotażu, nie przyniosło rezultatu. Śledczy musieli szybko znaleźć coś jeszcze.

I znaleźli.

Dwóch pracowników NIOPIK-u – ich nazwiska to Nowikow i Gusiew – złożyło identyczne zeznania o tym, że Stanisław Kozłowski „zamrażał” (tj. przetrzymywał) w magazynie cenne zagraniczne urządzenia i w ten sposób szkodził radzieckiej gospodarce. Jest też charakterystyka sporządzona przez dyrektora NIOPIK-u Słobodskiego, która zawiera komiczną frazę: „W pracy Kozłowskiego zauważa się brak zorganizowania i systemowości, ale mając najwyraźniej duże znajomości zdołał on, jako zaopatrzeniowiec, wypełniać zlecone mu zadania”. Sprawa była gotowa, trzeba było już tylko przekwalifikować się ze szpiegostwa (art. 58 cz. 6 Kodeksu Karnego) na sabotaż (art. 58 cz. 7) i przekazać ją prokuraturze do zatwierdzenia.

I tu zdarzyła się rzecz zadziwiająca: prokuratura zwróciła sprawę śledczym do ponownego zbadania. Powód: nie ustalono skali szkody i nie wyjaśniono „wszystkich okoliczności, zarówno obciążające, jak i usprawiedliwiające oskarżonego”. Normalnie jakaś fronda pojawiła się w prokuraturze ZSRR! Zresztą, wszystko mogło wiązać się z tym, że w listopadzie 1938 roku zdymisjonowany został Jeżow i nikt nie chciał dzielić z nim odpowiedzialności za „odosobnione przypadki nadużyć”.

Na żądanie prokuratury śledczy tworzą komisję z pracowników NIOPIK-u, której celem ma być określenie rozmiaru spowodowanej szkody. I tu pojawia się kolejna niespodzianka: komisja stwierdza, że „nie znajduje podstaw dla oskarżenia [Stanisława Kozłowskiego] o spowodowanie szkód instytutowi i państwu”.
Sprawa znowu się wali, ale śledczy jej nie zamykają. Szkód nie ma, poszkodowanego też nie, ale człowiek siedzi. Skądś to znamy, nieprawdaż?

Tym niemniej, śledczy muszą wymyślić coś nowego. W pewnym momencie próbują oskarżyć pradziadka o antyradziecką propagandę. Ale jego towarzysz z celi, Żyd, który uciekł do ZSRR z Niemiec, odmówił złożenia obciążających Kozłowskiego zeznań. Czas mija, jest już lato 1939 roku, a na czym polega wina oskarżonego – ciągle nie wiadomo.

W końcu kolejny śledczy (nazwiskiem Andriejew) znajduje proste, ale skuteczne rozwiązanie. Dwaj robotnicy z jakiegoś kombinatu chemicznego w obwodzie donieckim (wtedy stalińskim), półanalfabeci, składają jednakowe zeznania, jakoby w 1934 roku, odwiedzając ich fabrykę, Kozłowski prosił ich o narysowanie schematu kombinatu.

Następuje kolejne przekwalifikowanie oskarżenia – z sabotażu znowu na szpiegostwo. Usłyszawszy te zarzuty Kozłowski nie przyznaje się do winy. Dowody nawet jak na standardy tamtych czasów są słabe, ale to nie problem. Śledczy nie przekazują sprawy do sądu, lecz do Kolegium Specjalnego NKWD – pozasądowego organu wydającego wyroki z reguły praktycznie bez rozpatrywania sprawy, masowo i zaocznie.

W styczniu 1940 roku Kolegium Specjalne skazuje Stanisława Antonowicza Kozłowskiego na 5 lat łagru za szpiegostwo. Zostaje on wysłany do Siewierołagru w obwodzie swierdłowskim, gdzie 10 marca 1942 roku umiera, nie dożywszy końca wyroku. W 1989 roku prokuratura ZSRR uznaje mojego pradziadka za podlegającego rehabilitacji.

Po co to wszystko napisałem? Po pierwsze, oczywiście w jakimś sensie przywracam światu człowieka, który został niesprawiedliwie „zabranego” i zapomnianego nawet przez swoich bliskich. Być może gdyby nie ta sprawa karna, nie wiedziałbym niczego o moim pradziadku, tak jak niestety o pozostałych. W ciągu naszego życia zostawiamy po sobie nie aż tak dużo długotrwałych śladów: pamięć się zaciera, dokumenty i fotografie niszczeją, mało kto pisze i przechowuje pamiętniki, niewielu trafia na łamy gazet. I sprawa karna w kraju z tak tragiczną historią jak nasza może się okazać jedynym świadectwem o danym człowieku.

Po drugie, gdy czyta się o obcych losach w książkach, encyklopediach lub nawet na portalach społecznościowych, odbiera się to po prostu jak lekcję historii. A gdy trzymasz w rękach podniszczoną teczkę z oryginalnymi dokumentami, podpisami, fotografiami twojego krewnego (choćby i nigdy nie widzianego na oczy) dociera do ciebie realność całego tego koszmaru. Żadne muzeum, a zwiedziłem ich wiele, nie wywarło na mnie takiego wrażenia, jak te pożółkłe karty na blankietach NKWD ZSRR. Nigdy nie lubiłem Stalina i generalnie radzieckiego państwa, a jednak mogę powiedzieć, że mój stosunek do nich i ich zwolenników zmienił się na zawsze. Komunizm należy oficjalnie potępić, pomniki tyranów i katów obalić, a ich imiona powinno się wymieniać w jednym szeregu z imionami tyranów i katów nazistowskich.

Po trzecie, choć historia ta jest tragiczna, dała mi ona powód do optymizmu. Czterech ludzi złożyło przeciwko mojemu pradziadkowi fałszywe zeznania, które ostatecznie kosztowały jego życie. Ale byli i inni: koledzy, którzy postanowili pójść na przekór śledczym i odmówili poparcia oskarżenia przeciwko byłemu pracownikowi; przyjaciele i znajomi, którzy nie bali się przyjść do śledczych i wstawić się za Kozłowskim; towarzysz z celi, który czekał na własny wyrok, ale nie zdecydował się pomóc NKWD w fabrykowaniu dowodów. Nawet w najgorszych latach stalinizmu w wielu ludziach nie przestawała tlić się iskra człowieczeństwa. Czyli i dla nas nie wszystko jest jeszcze stracone.

https://medium.com/@kozlovsky/stanislav-kozlovsky-1386a9892b

Wesprzyj naszą działalność dokonując przelewu na konto Stowarzyszenia

Rachunek EUR

60 1160 2202 0000 0004 9849 9990

PL 60 1160 2202 0000 0004 9849 9990

Rachunek w PLN

13 1160 2202 0000 0003 5776 5282

IBAN PL 13 1160 2202 0000 0003 5776 5282

SWIFT: BIGBPLPW

Bank Millennium, Stanisława Żaryna 2A, 02-593 Warszawa Polska

Odbiorca:

Stowarzyszenie Za Wolną Rosję, Czerniakowska 139, 00-453 Warzsawa, Polska

Tytułem:

Darowizna na działalność statutową