Bajka o tym, że w Rosji nie ma obywateli traci moc

W Rosji coraz głośniej o protestach zorganizowanych przez ruchy miejskie. Podział na liberałów i proputinowskich konserwatystów zaciera się, kiedy trzeba załatwić przyziemne sprawy, które decydują o tym jak się żyje tu i teraz.

„To moje miasto!” – tak odpowiada kobieta na polecenie policji, by opuścić główny plac Ułan Ude. Po wyborach mera i przy udziale jakuckiego szamana Saszy, tego który chciał wypędzić Putina z Kremla, ale został zatrzymany przez rosyjskie służby, doszło tam do społecznych niepokojów i agresywnej reakcji miejscowych służb.

„To nasze miasto!” również krzyczeli mieszkańcy Jekaterynburga, którzy w maju tego roku prowadzili całonocną walkę o skwer w centrum miasta, na którym miała powstać cerkiew. Mieszkańcy północy Rosji mówią, że to „nasz region i nasza ziemia”, kiedy walczą z budową wysypiska moskiewskich śmieci w okolicach stacji Szijes w obwodzie archangielskim. To, co dzieje się w rosyjskich regionach, pokazuje, że ludzie czują wieź z miejscem, w którym mieszkają i chcą mieć wpływ na to, co się w tym miejscu dzieje.

Niby oczywiste, a jednak dla Kremla okazuje się to niespodzianką, na którą nie był przygotowany.

Wbrew logice Kremla

Wypracowana przy Putinie logika zarządzania Rosją to wertykalna struktura władzy, a ta logika obecnie przestaje działać. Bo istnieje jeszcze logika lokalna, regionalna i miejska, która wymyka się wyobrażeniom Kremla.

Co można zrobić, kiedy niczego nie można? Często słyszymy, zwłaszcza na Zachodzie, że Rosjanie są genetycznie niezdolni do demokracji, że nie mają poczucia obywatelskości, rozumianej jako chęć aktywnego działania dla dobra wspólnego, że są jedynie biernym przedmiotem a nie podmiotem działania państwa. Putinowski reżim wyczyścił ogólnokrajową scenę polityczną, wypychając wszystkie niewygodne partie i organizacje na margines życia publicznego, przyklejając im łatkę albo ekstremistów, albo agentów obcych mocarstw. Uparci poddawani są represjom, zastraszani. W organach państwa pozostali tylko przedstawiciele partii władzy i statyści, czyli tzw. sankcjonowana opozycja – komuniści, partia imperialisty Żyrinowskiego. Wielu ludzi, niezależnie od światopoglądu, zdystansowało się od polityki.

Jedni uwierzyli temu, co mówi telewizor – że Putin to zbawienie i że wszystko już jest dobrze, a to, co nie jest dobrze, to wina wiecznie knującego przeciwko Rosji Zachodu. Inni czuli zawód sytuacją w kraju, swoimi współobywatelami, ale również liberalną opozycją i jej liderami. Zniechęcenie jak największej liczby osób do zaangażowania w politykę było jednym z głównych celów Kremla w polityce wewnętrznej.

Nikt chyba jednak nie brał pod uwagę, że zadziała społeczna zasada zachowania energii i te zapasy, które nie będą mogły znaleźć ujścia w działalności stricte politycznej, znajdą sobie inną drogę realizacji. Ostatnie protesty w kraju pokazują, że Rosjanie nie tylko nie są bierni, ale potrafią być niewiarygodnie zdeterminowani w walce o dobro wspólne. Ale o to najbliższe im.

Skwer, który zdenerwował Putina

Nikt nie może mieć złudzeń, że aktywizm tego typu, czy nazwiemy go miejskim, czy regionalnym, czy ekologicznym – jest przezroczysty, że jest poza polityką. Ten dylemat tzw. ruchy miejskie przerabiały już na zachodzie, a jeszcze całkiem niedawno w Polsce. Ale Kreml przegapił ten moment, kiedy zaangażowanie w sprawy lokalne stało się zagrożeniem dla wypracowanej przy Putinie struktury władzy. A może nawet więcej – Kreml sam dolewał oliwy do ognia, w niektórych miejscach rozbudzają ambicje swoją polityką rewitalizacji (благоустройства), a innym każąc płacić koszty tej polityki, np. w postaci wysypisk śmieci.

To, jak destrukcyjne dla kremlowskiej wertykali władzy są lokalne konflikty dobrze ilustruje przykład Jekaterynburga. Do niedawna miastem rządził liberalny (jak na warunki rosyjskie – red.) Jewgenij Rojzman. W 2018 korzystając z wprowadzonej kilka lat wcześniej reformy, władze obwodu swierdłowskiego zdecydowały, że mer nie będzie już wybierany w wyborach bezpośrednich. Stolic regionów, gdzie to jeszcze mieszkańcy wybierają mera jest zaledwie kilka. Rojzman w akcie protestu przeciwko tej decyzji podał się do dymisji. Jego miejsce zajął namaszczony przez centrum Aleksander Wysokiński.

Trwający już od paru lat konflikt wokół budowy w Jekaterynburgu cerkwi św. Katarzyny w maju tego roku wszedł na nowy poziom. Władze, ignorując szeroko zakrojoną krytykę i sprzeciw mieszkańców zgodziły się na budowę na jednym z miejskich skwerów. Kiedy pojawił się tam budowlany płot, mieszkańcy zebrali się i całą noc przepychali z grupą ochroniarzy, próbując rozebrać ogrodzenie. A potem jeszcze przez tydzień przepychali się z policją, bo postanowili zbierać się codziennie, dopóki nie będą mieć pewności, że cerkiew w tym miejscu nie powstanie.  Miejskie władze okazały się w tej sytuacji zupełnie bezradne, bo z jednej strony miały niemalże zamieszki, z drugiej wpływowych sponsorów cerkwi, czyli uralskich oligarchów i samą Rosyjską cerkiew prawosławną – nie mniej wpływowego gracza. A nad tym wszystkim grymas Kremla, który nie lubi takich sytuacji i uważa, że zadaniem „swoich” ludzi na miejscu jest pilnowanie, by do nich nie dochodziło.

Strach przed podjęciem decyzji w trudnej sytuacji, uwikłanie w biznesowe układy i obawa o reakcję Kremla sparaliżowały miejskie i obwodowe władze. A na skwerze mieszkańcy wciąż krzyczeli: „To nasze miasto!” i oczekiwali jakiejś rozsądnej inicjatywy ze strony urzędników.

Kiedy Wysokiński, czyli nowy mer Jekaterynburga wybrany niespełna rok wczesnej przez miejską radę, wychodził do protestujących, słyszał od nich „Hańba!” i „Do dymisji!”. Rojzmana, który także przychodził na skwer witali brawami i obstępowali wianuszkiem. To się właśnie nazywa społeczna legitymizacja. Dzisiaj wyraźnie widać, że Putin i jego partia Jedna Rosja tracą ją z dni na dzień.

Impas w Jekaterynburgu udało się przezwyciężyć dopiero po ingerencji Putina, który zalecił badanie opinii publicznej w sprawie cerkwi. To będzie truizm, ale czy można sobie wyobrazić demokratyczne państwo, gdzie prezydent albo premier jest instancją w sprawie miejskiego skweru?

Niespodziewani sojusznicy 

Coraz częściej jest tak, że w rosyjskich regionach nikomu nie są znane nazwiska miejscowych szefów starej opozycyjnej partii „Jabłoko” lub sztabów Aleksieja Nawalnego, ale za to wszyscy znają twarze miejskich lub regionalnych aktywistów. Tych ludzi, którzy bronią drzew przed wycinką, walczą z trującymi inwestycjami, protestują przeciwko likwidacji szkół i przedszkoli. I nierzadko bywa tak, że wśród tych najbardziej aktywnych i najbardziej zdeterminowanych aktywistów są dawni wyborcy Władimira Putina. Koszula bliższa ciału. Bo kiedy chodzi o własne otoczenie, zdrowie swoje i swoich dzieci wiele osób, które nie poszłyby na mityng Nawalnego, jest gotowych nadstawiać karku, narażać się na represje, dostać po głowie – dosłownie i w przenośni.

Podział na liberałów i proputinowskich konserwatystów zaciera się, kiedy trzeba załatwić przyziemne sprawy. Nie w znaczeniu błahe, ale takie, które decydują o tym, jak się żyje tu i teraz.

Komentatorzy rosyjskich wydarzeń często powtarzają, że liberalna opozycja powinna poszukać sposobu, by zagospodarować regionalne niezadowolenie. Nie jest jednak tak, że opozycja nie próbowała tego zrobić. Skutek bywał różny, ale raczej marny. Poza tym, ta energia to energia sprawstwa i przejaw podmiotowości w relacji z innymi i z państwem, więc nikt z niej nie powinien próbować robić przedmiotu lub instrumentu. Fala protestów w regionach to część procesu dezintegracji putinowskiego aparatu władzy i być może ten proces musi toczyć się swoim tempem.

Ale jedno jest pewne: bajka o tym, że w Rosji nie ma obywateli, straciła swoją moc.

Paulina Siegień