To on – Ediczka. Pamięci Eduarda Limonowa

Czas czytania: 9 min

„Gdy przyjdzie moja ostatnia godzina i będę umierać, charcząc krwią, wiem, że wspomnę nie twarz matki, nie usta ukochanej, lecz nocną ulicę super-miasta i siebie, idącego samotnie w ciemności, w płaszczu z podniesionym kołnierzem” – napisał niegdyś EduardLimonow w opowiadaniu „Życie osobiste”. I oto wielki rosyjski pisarz Limonow opuścił ten świat. Stworzony przez niego obraz silnego samotnika,wędrującego ulicami bezwzględnej metropolii, już dawno stał się literackim archetypem. Jeden z najlepszych zbiorów nowel Limonowa tak się właśnie nazywa – „Obcy w nieznanym mieście”. On był obcy dla wszystkich i na tym polegała jego literacka strategia. Ekscentryk i buntownik, enfant terrible i barbarzyńca, choć wiedział o istnieniu oświeconych i bezpiecznych ulic, chodził ciemnymi, bo tam kryje się prawda – „szpetna, naga i świecąca”.

Gorączkowe przemieszczanie się Limonowa po planecie – najpierw z prowincjonalnego Charkowa do Moskwy, potem do USA, następnie do Paryża, w końcu powrót do Rosji – a także jego wojny, jego kobiety, jego partia, jego błędy, były poszukiwaniem tej prawdy, bez której nie ma prawdziwej literatury. I były też poszukiwaniem miejsca siły, punktu oparcia, dzięki któremu można wprawić w ruch swój literacki los. Zaczynał jako poeta, i to poeta świetny (przeczytajcie wiersz „Ten dzień jest niesamowity”, i jeśli się nie rozpłaczecie, to znaczy, że nie macie serca), kontynuował tradycje Chlebnikowa, szybko stał się jedną z gwiazd rosyjskiej poetyckiej awangardy i pisał wiersze całe życie. A potem przyszedł czas prozy – muskularnej, wyrazistej, fenomenalnie autentycznej, ekstrawertycznej i szczerej.

Limonow był wyjątkowo utalentowany nie tyko jako pisarz, lecz i jako człowiek, wyróżniający się na plus na tle swoich struchlałych, banalnych i głupawych współczesnych. Wymyślił dla siebie rozrywkowy i w jakimś stopniu potworny i w rezultacie udany eksperyment: przekształcić swoje życie w literaturę, uczynić je materiałem literackim, paliwem dla prozy najwyższej próby. Oto dlaczego główny bohater jego dzieł zawsze nazywa się EduardLimonow – z wyjątkiem powieści „Kat”, w której Limonow, najwyraźniej zmęczywszy się sam sobą, uczynił protagonistą Polaka-emigranta.

KSIĄŻKA „O TYM”

Dla ludzi, którzy nie czytali Limonowa, był on i pozostaje autorem skandalizującej książki z „tą” sceną: półpijany seks z czarnoskórym chłopakiem na nowojorskim budowlanym pustkowiu (ściśle mówiąc, powieść ta zawiera nie jedną scenę homoseksualną, lecz całe trzy). Ale są w tej ostrej i krwawej książce kawałki o wiele bardziej soczyste, hipnotyzujące i straszne – na przykład, rozdział „Tam, gdzie robiła miłość”, w którym bohater trafia do mieszkania kochanka swojej byłej żony, błąka się po pokojach, pije i próbuje zrozumieć przyczyny swojej klęski. Gdy przeczytasz te strony płonące męką i cierpieniem, zaczynasz rozumieć, dlaczego zazdrość uznawana jest za najmocniejszy afrodyzjak. Nic dziwnego, że legenda głosi, że Jewgenij Jewtuszenko, przeczytawszy rękopis tej powieści, powiedział Limonowowi: „Zabiłeś mnie swoją książką. Całą noc nie spałem. To krzyk! Książka napisana w stylu krzyku”.

Powieść „ To ja – Ediczka” – to jedna z najlepszych dwudziestowiecznych książek o miłości. Ściślej, jest to książka o zabójstwie miłości, o tym, jak okrutne, pieprzone i niesprawiedliwe społeczeństwo odbiera bohaterowi to, co miał najcenniejszego – ukochaną kobietę. A bohater książki –subtelny i wyrafinowany Ediczka, człowiek z namiętnym sercem i niezależnym umysłem, „welfarysta” w białym garniturze i z nożem w nogawce kowbojskiego buta ze szpiczastym obcasem, poeta-emigrant, marzący o rewolucji i mieszkający w tanim, zapchlonym hotelu „Winslow”, obmywanym przez ciężkie fale Broadwayu – zajął niepoślednie miejsce wśród kultowych postaci światowej literatury, takich jak Don Kichot, Dyl Sowizdrzał, Raskolnikow, HoldenCaulfield…

U wezgłowie łóżka Ediczki wiszą plakaty „Za waszą i naszą wolność” oraz „Destructioniscreation!” Boi się on świata bez miłości, dlatego pragnie zburzyć lub przynajmniej wstrząsnąć znienawidzonym ładem światowym, opartym na zachłanności i obojętności: „Nienawidzę cywilizacji, na której sztandarze mógłbym napisać najbardziej morderczą frazę od narodzin ludzkości – „To twój problem”. W tej krótkiej formule mieści się koszmar i zło.”

Ciekawe jest i to, że każdy widzi w tej książce swoje. Albo to, że bardzo chce zobaczyć. Dlatego, nawiasem mówiąc, tak fantastycznie zmieniał się jej tytuł pod wpływem kaprysów różnych wydawców w różnych krajach: we Francji, na przykład, powieść ukazała się pod tytułem „Rosyjski poeta woli dużych Murzynów”, a niemiecki wydawca uparł się, żeby książka nazywa się „Fuckoff, America”.

WIELKI PISARZ

Okrutna i wspaniała książka Limonowa zdobyła serca wielu czytelników, ale ci, którzy uważają go za autora jednej powieści, są wielkim błędzie. Bowiem kontynuacja „Ediczki”, napisana już w Paryżu powieść „Historia jego sługi”, jest równie dobra. Ale Ediczka jest tam już inny – zahartowany przez życiowe burze, „zbity nowojorski wilk”, pracujący jako „housekeeper” (czyli zarządca) w domu multimilionera Stevena Greya, którego bohater za oczy nazywa „wielkim Gatsbym” i z którym po kryjomu rywalizuje. I stopniowo obiera siebie, niczym cebulę, warstwa po warstwie, z iluzji i zakazów: „Za pełnym pewności siebie spojrzeniem Stevena stoją jego miliony. Za moją pełną pewności siebie twarzą stoję ja sam – człowiek, który odkrył sam siebie”.

Ale prawdziwie znakomity Limonow-pisarz objawia się nie w powieściach, lecz w opowiadaniach. Zbiory „Amerykańskie wakacje”, „Zwyczajne incydenty”, „Obcy w nieznajomym mieście”, „Wielka mata miłości” – to nowelistyka najwyższej klasy. Gdy na początku lat 1990. magazyn „Junost” [„Młodość”] publikował takie opowiadania Limonowa, jak „Pierwszy punk”, „Pięknośćinspirującapoetę”, „Mother’s Day”, które górują nad resztą czasopiśmiennej produkcji, niczym nowojorskie wieżowce nad „jednopiętrową Ameryką”, i przez lata nie straciły świetności.

W jego opowiadaniach jest wszystko, co czyni Limonowa wielkim pisarzem.

To subtelny psychologizm – na przykład, opowiadanie „Sobowtór”, przedstawiające temat sobowtórów w sposób, jaki nie śnił się Edgarowi Poe i Nabokowowi, lub „East-Side – West-Side”, gdzie bohater trafia „do jak gdyby zniszczonego przez wybuch atomowy południowego Bronxu” i umiejętnie wtapia się w Aborygenów tego brutalnego miejsca, aby go nie zadźgano.

Ta zdolność wyczerpującego opisania postaci jednym, krótkim zdaniem, tak, że staje jak żywa przed naszymi oczami: „Złobin był nieprzyjemnym typem, pozbawionym uroku, brudnym i niebezpiecznym, niczym kawał starego okiennego szkła”.

To zwierzęca dynamika i niemal hokejowa prędkość, jak w opowiadaniu „Zwykła draka” z zapadającą w pamięć frazą „Nie cenię własnego życia, pochodzę ze słabo rozwiniętego kraju, gdzie szacunek ceni się póki co wyżej niż życie, więc zabiję cię tutaj na chuj”.

To umiejętność takiego posługiwania się językiem urzędowym, by błyszczał niczym brylant: „Ja i Miszka chcielibyśmy napić się i kontynuować biesiadowanie”.

To snajperska czujność, ostre, bezwzględne spojrzenie, przeszywające każdego człowieka niczym rentgen – wiadomo, wielu ludzi lękało się pisarza, bało się trafić na karty jego prozy, a udający szczęście małżonkowie na widok Limonowa nagle zaczynali reperować stosunki: próby udawania i kłamania w jego obecności były z góry skazane na porażkę.

Niezbędną intonację Limonow wyczuwał rdzeniem kręgowym, był wybitnym mistrzem detalu („Przyszedł wielki czarny chłopak o szczupłych nogach, w dżinsach, skórzanej kurtce z porwaną podszewką” – ta podszewka natychmiast sprawia, że obraz staje się wyraźny i żywy). Pisarska intuicja nigdy go nie zawodziła, a jego domysły były celne niczym strzał Wilhelma Tella: „…tam już był Mathew i niewysoka, łysa postać, przypominająca dyrektora poczty. Nie miałem żadnych podstaw, by tak go ochrzcić, nigdy w życiu nie widziałem żadnego dyrektora poczty, ale nie miałem też wątpliwości”. I, oczywiście, dzięki Limonowowi do języka potocznego na zawsze weszły wszystkie te „tiszotki” i „living-roomy”, „strasznoty”, „interesoty” i „nudnoty”, a także wyrażenia typu „Poszliśmy do mnie i zrobiliśmy miłość” lub „Miejcie dobry czas w naszym domu”.

„MÓJ ANIELE JEBANY”

Idioci i idiotki, których jest mnóstwo, lubią rozprawiać o limonowskiej mizoginii. Ale mało kto pisał o kobietach z taką czułością i szczerością jak Limonow, nawet jeśli w tej czułości jest czasem brutalny odcień. Co ją, paradoksalnie, jedynie podkreśla. Wielu mężczyzn nazywa swoje kobiety „aniołami”, ale nie każdemu, jak Limonowowi, starcza fantazji i śmiałości, by powiedzieć do ukochanej „Mój jebany aniele”. I jednocześnie tak to ograć, że nie zabrzmi to grubiańsko, ani wulgarnie. Natomiast powieść „Oswajanie tygrysa w Paryżu” o relacji pisarza z piosenkarką Natalią Miedwiediewą to wielka powieść o miłości, miłości dojrzałej, trudnej i brutalnej. O tym, że niebezpieczna kobieta, jak przepaść, może zakręcić w głowie. O tym, że zdarza się, że real man spotyka real woman. „Namiętność do namiętności mojej kobiety, – pisał Limonow, – jest moją własną namiętnością”. Jeśli się zastanowić, nie ma lepszego określenia dla harmonijnych relacji miłosnych.

Limonow kobiety kochał i szanował, jak szanuje się godnego przeciwnika. „Mierzę przecież życie według kobiet, – mówi jego bohater. – Ten świat oświecają tylko one, nikt więcej. One też nadają życiu cel, wprawiają je w niepokój i ruch. Jego książki uczą, między innymi, także kompetencji seksualnych. „Jestem człowiekiem wyrafinowanym i nie leniwy, a do tego hedonistą, czyli nie takim, który szuka satysfakcji tylko dla siebie, chce dojść za wszelką cenę, osiągnąć swój orgazm i tyle, – komentuje Ediczka swoje łóżkowe modus operandi. – Jestem dobrym partnerem, czepię satysfakcję ze stęków, krzyków i zadowolenia drugiego lub drugiej.”

NAUKA NIENAWIŚCI

Niemało miernych sztywniaków szczerze nienawidziło Limonowa za życia i będą go nienawidzić i po jego śmierci. I to go, wedle słów pewnej postaci filmowej, świetnie charakteryzuje. Jak trafnie zauważył pisarz Siergiej Szargunow (którego powieść „Hurra!” jest w istocie limonowskim „Dziennikiem nieudacznika”, tylko z przeciwnym znakiem), nieprzychylny stosunek do Limonowa i jego książek zawsze był bezbłędnym wyznacznikiem mieszczaństwa i martwoty. Filister, drobnomieszczanin, dewota, nudziarz od razu czuje, że Limonow jest mu obcy nie tyle klasowo, co genetycznie. A jakże! Wszak Limonow aktywnie wybrzydza na to, że na całym świecie ludzie „modlą się do posągu prostego, średniego człowieka”. Patos Limonowa nie jest antysowiecki, ani antyamerykański, lecz antymieszczański. „Nienawidzę panoszących się wokół pozbawionych talentu suk, ponieważ mnie dławią, – mówi bohater „Zwykłej draki”. – W trzech krajach – w ZSRR, Youeseyis Francji –jest ten sam ustrój polityczny: dyktatura miernot.” Limonow jeszcze w latach 1970. napisał o tym artykuł „Rozczarowanie”, niespodziewanie przedrukowany przez radziecki dziennik „Izwiestia”, co kosztowało początkującego pisarza pracę w zalatującej naftaliną redakcji jednej z gazet emigracyjnych.

Syta gęba proletariusza budziła w nim taką samą odrazę i niechęć, co syta gęba kapitalisty. Właśnie dlatego bohaterowie jego książki „Młody drań”, cudownie nostalgicznej powieści o charkowskiej literackiej bohemie lat 1960., pogardliwie nazywają radzieckie mieszczaństwo „kozim plemieniem” i „pidarmerią”. Ostro, powiecie? Niech tak będzie, ale XX wiek, który stał się wiekiem mas, dosadnie pokazał, że właśnie świat filistyński jest wylęgarnią faszyzmu. Dostawało się od Limonowa także odnoszącym sukcesy, zachodnim „średnioklasowym” pisarzom za ich nieskomplikowane, jak u większości ludzi, poglądy na życie. A najbardziej wieczny „podrostek Sawienko” nienawidził naszych „pieprzonych starszych braci” – polityków i biznesmenów – za to, że wszyscy „musimy podporządkowywać się ich okrutnym wymysłom, ich kaprysom, które drogo nas kosztują, bo od czasu do czasu napuszczają nas na siebie”.

BEZROBOTNY LIDER

Zmęczony życiem w cywilizowanych krajach, przypominającym mu komfortowy szpital psychiatryczny, gdzie „bacznie pilnują, byś się nie podniecił”, Limonow na początku lat 1990. wraca do Rosji. O własnej organizacji rewolucyjnej marzył jeszcze od czasów „Ediczki”, i oto marzenie spełniło się: stworzył Partię Narodowo-Bolszewicką. Wydawało się, że polityka stała się dla Limonowa swego rodzaju „lekarstwemprzeciwzmarszczkowym”.

Zarazem nie idealizował młodzieży jako takiej – wystarczy przeczytać jego bardzo zabawne paryskie opowiadanie „Coca-cola generationand unemployed leader” o zderzeniu limonowskiego bohatera, doświadczonego mężczyzny w średnim wieku, z młodymi, rumianymi karierowiczami i oportunistami, którym on, porządnie pijany, rzuca prosto w twarz: „Nie ma w was pasji! Jesteście jak starcy, unikacie niebezpiecznych nazwisk i niebezpiecznych tematów do dyskusji, jak również niebezpiecznych napitków”. Rzeczywiście, nawet gdy Limonow był już mocno po sześćdziesiątce, ludzie dwa razy młodsi od niego wydawali się przy nim starcami. Czy próbował w swoim partyjnym bunkrze stworzyć eliksir młodości?

Nie, chodzi o zupełnie co innego.

Limonow pozostawał pisarzem, który robi literaturę ze swojego życia. Generalnie rzecz biorąc, Partia Narodowo-Bolszewicka była projektem całkowicie artystycznym. A jej wódz dalej żył tak, żeby było o czym pisać, wykorzystując ludzi, okoliczności i siebie samego jako materiał dla swojej wspaniałej prozy. Czy było to amoralne, nieprzyzwoite? Być może, ale tak i tylko tak tworzy się to, co dumnie nazywa się czystą sztuką. Poza tym generalnie, jak twierdził Oscar Wilde, nie ma książek moralnych i niemoralnych – są tylko książki dobrze lub źle napisane. A książki Limonowa napisane są nie po prostu dobrze – są napisane świetnie.

Ci, którzy nazywają Limonowa niebezpiecznym wariatem, nieustannie przypominając, jak pozował z karabinem maszynowym na przedmieściach Vukovaru w czasie wojny w Jugosławii, zapominają, że pisarz, a zwłaszcza pisarz wyrazisty, utalentowany i żywy, to nie minister finansów z chudą twarzą i hemoroidalną dupą. Pisarz może pozwolić sobie na bycie wariatem, ponieważ potrzebne mu paliwo, żeby lokomotywa jego twórczości pędziła do przodu pełną parą zamiast niszczeć w zajezdni, paliwem tym są zaś życiowe doznania. Sam w sobie Limonow nie był groźnym człowiekiem, czego nie da się powiedzieć o jego książkach. Jak zauważył Dmitrij Bykow, Limonow był „groźny i dla establishmentu, i dla władzy przez to, że jego czytelników nie da się już przerobić na tchórzy i zera gotowe znosić wszystko”.

DROGA SAMURAJA

Taki stosunek do literatury i do życia, ta bezpośredniazamiana życia na literaturę, był oczywiście w jakiejś mierze heroiczny czy wręcz samobójczy. „Mój zawód to bohater”, – pisał Limonow bez cienia kokieterii. Ostatecznie wszystkie jego książki są o tym, że człowiek sam określa swoją skalę, że my „sami wyklikujemy swój los i stajemy się tak wielcy, na ile śmiemy w siebie uwierzyć”. Odkrywszy w sobie Supermana podczas szalonych, samotnych wędrówek po Nowym Jorku, Limonow w rezultacie stał się nim, przeistaczając się z „przeklętego” poety z subtelnym systemem nerwowym w niezłomnego rosyjskiego samuraja. Nic dziwnego, że uwielbiał powracać do książki Yoshi Yamamoto „Hagakure” z komentarzami Mishimy – kodeksu honoru samurajskiego, nakazującego żyć tak, jak gdyby było się już martwym, bo to pomaga uwolnić się od wszelkiego strachu, zatruwającego nasze istnienie. To właśnie stąd wzięło się słynne hasło „nacbołów”: „Niech żyje śmierć!”, a bynajmniej nie stąd, że chcieli oni wszystkich pozabijać.

W 1983 roku, gdy najlepsze amerykańskie wydawnictwo „Random House” wreszcie opublikowało powieść „To ja – Ediczka”, czterdziestoletni Limonow przyjechał z Paryża do Nowego Jorku, pojechał do wieżowca „General Motors”, usiadł na tej samej ławce, której, przeklinając okrutny, obojętny świat, siedział jego bohater, zadarł głowę do góry i zakrzyknął: „No i co, wyjebałem was! Wyjebałem! Uważaliście mnie wszyscy za marzyciela, a ja miałem grzbiet ze stali!” A potem spokojnie wstał i poszedł poskramiać inne wieżowce. Moralna przewaga nad cywilizacją konsumpcji, tłustą i mięsistą, jak hamburger, prymat siły woli – oto co było dla niego ważne. Jemu, pisarzowi bez pokolenia, niepotrafiącego przyłączyć się do większości, niepotrzebne były towarzystwa literackie, festiwale i poetyckie biennale z poczęstunkiem. Nie przypominał też zwykłego, „normalnego” pisarza – w latach 1980. nosił fryzurę a la James Dean i szaloną kurtkę z szerokimi ramionami i wizerunkiem papugi, potem zaczął ubierać się tylko na czarno, niczym gwiazda rocka. Nie można sobie wyobrazić Limonowa wypowiadającego słowa „w naszym cechu literackim…” Tym dziwniej brzmi fraza, którą umieścił w swojej najsłynniejszej powieści: „Braterstwo i miłość między ludźmi – oto, o czym marzyłem, oto, co chciałem spotkać”.

Limonow chciał umrzeć na barykadzie, trafiony kulą w pierś. Ale czy przegrał, umierając nie tak, jak marzył? Cóż począć, on sam w jednej ze swoich książek nazwał człowieka „trupem na urlopie”, a każdy urlop prędzej czy później się kończy. A jednak pisarz Limonow zwyciężył – choćby dlatego, że jego powieściom i opowiadaniom pisana jest nieśmiertelność. A to nie tak mało, uwzględniając, że pisał on swoje błyskotliwe, wyraziste i wściekłe książki w świecie, gdzie, jak mawiał Hemingway, zwycięzca nie dostaje nic.

Autor: IGOR BIEŁOW

 Eduard Limonow

Eduard Limonow

Niniejszy tekst nie jest wyrazem poparcia Autora, ani Stowarzyszenia” Za Wolną Rosję” dla wszystkich wypowiedzi, działań i poglądów Eduarda Limonowa. Oddzielamy Limonowa-pisarza od Limonowa polityka i publicysty.

Текст доступен также по-русски:
Это он — Эдичка. Памяти Эдуарда Лимонова – freerussia.eu

Jeśli podoba ci się to, co robimy możesz wspomóc naszą działalność
Wesprzyj nas