„Wydaje się, że protest nie wygaśnie”

Ekolog z Komi Iwan Iwanow mówi o przedłużającej się konfrontacji na stacji Szijes, konflikcie między aktywistami i taktykach przetrwania.

Ekolog Iwan Iwanow prawie od samego początku odnotowywał naruszenia, które popełniono podczas budowy placu w miejscu planowanego składowiska na stacji Szijes w pobliżu Archangielska. W 2019 r. zaczął kierować Komitetem Ratowniczym Peczory, najstarszą organizacją ekologiczną w Komi. W wywiadzie dla „7×7” Iwan Iwanow wyjaśnił, dlaczego uważa sytuację na Szijes „strumieniem bezprawia”, czego aktywiści ekologiczni muszą się teraz obawiać i dlaczego nie chce zajmować się polityką.

 „Putin długo zabijał swój autorytet”

– W ubiegłym roku w Komi odbyły się tysiące wieców w związku z planami budowy wysypiska śmieci moskiewskich na stacji Szijes. Teraz nawet najwyżsi urzędnicy przyznają, że plac został zbudowany z naruszeniami, ale budowa nie została zamknięta, a jedynie zawieszona. Czy ma Pan wyjaśnienie, dlaczego tak się dzieje? I dlaczego trwa protest?

—- To jest decyzja polityczna. Nie ma w tym ani elementu ekologicznego, ani ekonomicznego. Wracamy do protestów wiosną w regionie moskiewskim [w marcu 2018 r., po zpuszczeniu gazu wysypiskowego w Wołokołamsku, ponad 50 dzieci i dorosłych zostało hospitalizowanych, mieszkańcy miast obwodu moskiewskiego wzięli udział w akcji]. Tysiąc ludzi w Moskwie może zrobić więcej niż dziesięć tysięcy w regionie Archangielska, są bardziej niebezpieczni. Teoretycznie mogło to uratować sytuację.

Nadal jestem pewien, że na Szijes nie będzie składowiska śmieci. Wiele osób protestuje, w tym te, które specjalnie przybywają do Szijes, nawet o radykalnych poglądach.

Aktywiści najpierw zażądali, aby Orłow [gubernator obwodu archangielskiego Igor Orłow] zamknął plac budowy, dostał dziesiątki tysięcy próśb. Oczywiście, następujący wymóg dotyczył Putina. Bardzo często zwracali się do Putina, który długo zabijał swój autorytet. W rzeczywistości w Kremlu nie brali pod uwagę tych 64 tysięcy podpisów, odebrano to było jako jeden prosty apel: „Cóż, łatwiej nam, udzielimy odpowiedzi, nie 64 tysiące, ale jedną”. Kiedy wysłali do administracji Orłowa, naprawdę odpowieadali na wszystkie te dziesiątki tysięcy próśb.

Mam teorię miecza obosiecznego. W badaniach konfliktu uważa się, że jest ktoś silny i ktoś słaby. Na przykład przełożony – podwładny. Jeśli konflikt będzie się ciągnął, silny straci swoją pozycję. To się zawsze zdarza.

Prawdopodobnie dla władz jest to duży cios w wizerunek. Oznacza to, że oni też pewnie próbują zrozumieć, jak wydostać się z tej sytuacji: albo polegają na Rosgwardii, aby utrzymać cały kraj w pięściach i zmiażdżyć, albo znaleźć jakieś wyjście.

A jeśli dajesz ludziom pomysł, że mogą zrobić coś z dołu, to prawdopodobnie w ich rozumieniu jest to niebezpieczne.

— W październiku na zamkniętym spotkaniu w Kotłasie aktywiści zjednoczyli się w koalicji pod tytułem „Stop Szijes”. Dlaczego to jest potrzebne i czyj to pomysł? 

— Pomysł, w tym mój. Wszyscy uznali, że jest to konieczne. Koalicja nie jest jakąś organizacją o jakiejś strukturze pionowej. Jest to tylko koordynacja tam, gdzie jest potrzebna: na przykład wspólne działania, te same dni protestu w celu wypracowania wspólnej symboliki, na przykład. To jest ważne. Te rzeczy naprawdę działają. Bez względu na to, jak cynicznie to zabrzmi, naprawdę piękny baner naprawdę działa. Nie widzę nic złego w byciu rozpoznawalnym. Wszyscy rozumieliśmy, że potrzebujemy dynamiki, że niechęć władz do mówienia i słuchania powinna prowadzić do zmiany ilościowej lub jakościowej. W żadnym wypadku nie należy stać w miejscu.

— W Internecie pojawiła się opinia, że koalicja „Stop Szijes” powstała, by wszystko zepsuć. Czy wierzysz w uczestików koalicji?

— Nie ma tam rządu. Koalicja jest tymczasowym sojuszem. Naprawdę była bardzo silna opozycja, potajemnie. Koalicja okazała się niezbyt skuteczna, ale w zasadzie trwa pewien rodzaj komunikacji. Z mojego punktu widzenia na tym zebraniu wiele się nie udało, ale wiele zrozumiałem.

„Ludzie zaczęli mówić jego słowami”. O niezgodie wśród eko-aktywistów

— Protest dotyczył obwodu Archangielska i Republiki Komi oraz wielu innych. Czy to sprawia jakieś trudności?

— Istotą protestu jest to, że wszystko jest niejednorodne. Istnieje różnica między Archangielskiem, Urdomem i in. Zaczęli bardzo dobrze. Nie widziałem takich prostestów u nas, które odbyły się w sierpniu ubiegłego roku u nich. Ale nie mają dużego doświadczenia w interakcji, długiej korespondencji, otwartych dyskusjach, okrągłych stołach.

Na początku Wiszniewiecki [członek Komitetu Obrony Wyciegdy, biznesmen], a także komuniści próbowali negocjować. Kiedy mówię o komunistach, nie mówię o partii, mówię o ludziach. Moje podejście do partii komunistycznej w Komi jest bardzo skomplikowane. Oni, jak każda systematyczna partia opozycyjna, tak naprawdę nie chcą dojść do władzy. Są zadowoleni z procentu, finansowania, które otrzymują z budżetu federalnego. Chociaż ich cele są jasne, mają na celu zmniejszenie ilości czerwieni podczas rajdów, ponieważ odstrasza to niektórych ludzi. Większość na wiecu w Syktywkarze – to nie jest partia komunistyczna. Chodzi o to, by moderować swoje ambicje i jednoczyć się z kimś, z kim jest to trudne. Musimy szukać nie punktów spornych, ale punktów przecięcia.

Teraz, moim zdaniem, istnieje niebezpieczna tendencja, że ​​siły narodowo-patriotyczne są obecne na Szijes. Nie rozumiem ich retoryki. Jeśli deklarują potrzebę zmiany władzy, to przepraszam, jak zamierzacie to zrobić?

Znamy jeden sposób – demokratyczne wybory. Lub impeachment. Ale kto to zrobi? Nikt.

— Porozumienie w sprawie międzyregionalnej koalicji ekologicznej „Stop Szijes” zawiera klauzulę: „Ogólnoświatowe wsparcie dla kandydatów zatwierdzonych przez koalicję w wyborach”. Proszę o komentarz.

— Polityka jest działaniem mającym na celu dojście do władzy. Jeśli pod tym względem, to nikt z nas tego nie chce. Ale są różnice. Na przykład idziesz do gminy lub gdzieś do Rady Państwowej lub do Dumy Państwowej. Gmina w rzeczywistości nie ma takiej władzy, do jakiej się dąży. W ramach normalnego samorządu prezydent nie rozwiązywałby kwestii ścieków i opieki zdrowotnej w naszym kraju, ale wtedy jedna z kwestii utrzymawia ludzi pod kontrolą jest zgubiona.

Jeśli zmieniasz rząd, musisz zrozumieć, co się stanie. Programy powinny być gotowe, ludzie na stanowiska powinni byś wyszkoleni. Tego nie mamy ani my, ani opozycja. Mam nawet podejrzenia, że ​​generalnie protesty na Szijes nie zostały wymyślone  nie przez aktywistów, ale przez kogoś z rządu, który chce pewnych zmian.

Wydaje się, że protest nie wygaśnie: rozumieją, że każde zdarzenie z biciem i krwią zwiększa rezonans.

— Już cała kasta powstała w obozie aktywistów na Szijes, nie jest szczególnie zadowolona z niezależnych mediów i pomocy opozycji. W sierpniu 2019 r. słyszałem debatę na temat tego, czy konieczne było publiczne przesłuchanie w sprawie projektu lub lepszym rozwiązaniem by było natychmiastowe poinformowanie „Technoparku” o sporze. Ten temat został podjęty przez niektóre kanały na Telegramie i grupy VKontakte. Czy nie boicie się, że protest może rozpaść się z powodu samych aktywistów?

— W tej chwili niepokoi mnie nie „Technopark”, nie policja i Gwardia Rosyjska, ale to, co dzieje się u nas. To psychologia, że ​​nie możesz wpływać na nic oprócz siebie. Ostrzeżono mnie zimą, że pewni Dorofiejew i Iwannikowa zepsuli kilka protestów w Moskwie, wprowadzając frustrację. Zawsze, gdy piszę coś na portalach społecznościowych, ich grupa „Powiedz NIE budowie spalarni w Kazaniu” się włamuje. Łatwo było mi się z tym poradzić, dopóki w sierpniu nie doszło do afery. Ludzie mówili, że Dorofiejew współpracuje z Federalną Służbą Bezpieczeństwa Federacji Rosyjskiej. Jeśli obserwować jego działania w sieci, wydaje się, że jest aktywny od 6 rano do 12 wieczorem: pisze na wielu postach i zbiera wiele informacji. Błyskotliwe komentarze to jedna z jego osobliwości.

Kiedyś powiedział o mnie fakt, który można było znaleźć tylko w komentarzach do postów z 2010 roku. Czyta wszystko. Kiedyś mieliśmy zamknięte spotkanie online, ludzi można policzyć na palcach. Ponownie wpadł na mnie i błysnął informacją o szczegółach tego spotkania. Właśnie tego, o czym rozmawialiśmy. To jest szokujące: od razu myślisz: „kto?”, Nie wierzysz ludziom. Sieje nieufność wobec wszystkich. Zrozumiałem, że coś poszło nie tak, kiedy ludzie zaczęli mówić jego słowami.

Sprzeciw wobec przesłuchań, które chcieli przeprowadzić aktywiści, jak sądzę, przyszedł właśnie od Dorofiejewa. Dla nich jest to nieprzewidywalny scenariusz. Sam pomysł przesłuchań został tak zdyskredytowany, że teraz nawet mówienie o nich jest uważane za nieprzyzwoitość.

Przesłuchania, które mogą prowadzić aktywiści, są bardzo niebezpieczne dla władz. Pytanie mogło dotyczyć „niemożności zbudowania zakładu niszczenia odpadów lub zakładu gospodarowania odpadami”: mogła to być spalarnia odpadów, składowisko odpadów lub coś innego. W dobrym scenariuszu teoretycznie można zatrzymać projekt. Oni [firma „Technopark”] mają ruch z tyłu, przekupują ludzi w Jarensku. Łapówka.Wiesz jak? Zabierają do szpitala na badanie – już powiedzieli, że zabrano tysiąc osób [zgodnie z ich programem]. Wynika z tego, że chcą przeprowadzić przesłuchanie w Jarensku.

— Czy przesłuchania mogą się odbyć bez projektu budowlanego?

— Każde pytanie można omówić i rozwiązać. Przesłuchania są dokumentem. Mogą być uwzględnione w dochodzeniu, nawet jeśli przeprowadzą, izolując wszystkich. Będziemy mieli okazję wykorzystać badania naukowe, które są już dostępne.

Chociaż nie byłem jednoznacznie za przesłuchaniem. Moje stanowisko polegało na przedyskutowaniu i zważeniu ryzyka. Jeśli istnieje możliwość zrobienia czegoś, nie tylko poprzez łamanie czaszek aktywistom, należy to zrobić. Można było o tym dyskutować, ale było kategoryczne „nie” i to było dziwne.

To było także jedno z moich życiowych doświadczeń – bardzo często byłem sam przeciwko wszystkim i ostatecznie miałem rację. Chociaż pomysł został porzucony, aby nie doprowadzić do podziału, ale to nie pomogło w żaden sposób. Jest podział. Nienawiść pojawiła się w stosunku do konkretnych ludzi, pojawiły się pretensje do ruchu anty-śmieciowego w Archangielsku pt. „Pomorze to nie składowisko”, w którymś momencie ich poprzednie zasługi nie miały już znaczenia. Jedyne, co mnie uratowało, to prawdopodobnie to, że byłem na Szijes od bardzo dawna, w przeciwnym razie zostałbym ugnieciony.

Istnieją obiektywne powody – stagnacja i niepokój. To dobra przerwa dla sądów. Na przykład mam 50 dokumentów wiszących do odwołania, ale one po prostu zanikają w porównaniu do tego, co dzieje się teraz. Konieczne jest szybkie zbieranie informacji, szybkie, szybkie napisanie skargi, aby uruchomić ją z różnych organizacji.

— Niedawno usłyszałem historię: mężczyzna z Gazpromu przykleił naklejkę przeciwko Szijesowi w samochodzie i z tego powodu miał skandal ze swoim kierownikiem. Czy takie historie są prawdziwe?

— Nie wiem o nalepkach, ale wywierają presję na wszystkich, zwykle pod groźbą zwolnienia. Tam, gdzie to możliwe, wywierają presję na pracowników państwowych. Tam ludzie pod tym względem są niedoświadczeni. Są gromadzone, mówi się im, aby nie rejestrowali [tego, co dzieje się na spotkaniu] i nie rejestrują. Mówię tak: jedno nagranie dźwiękowe a osoby nie będzie w tym miejscu. Na Szijes wielu ludzi się boi. W tym samym Urdomie znajdują się przedsiębiorstwa „Gazprom Transgaz Uchta”, „Transnieft” i Koleje Rosyjskie. Tak czy inaczej, są przywiązani do tego wysypiska śmieci. Ludzie boją się wtrącać. Fakt, że można wywierać presję na osobę, jest już całkiem normalny, nie wywołuje oburzenia.

Jeśli pracuję, to wyraźnie sobie mówię: chłopaki, jestem pracownikiem, kupujecie moją pracę w godzinach pracy w ramach moich obowiązków. To wszystko. Nie zobowiązałem się sprzedać mojego środowiska. To, co robię po godzinach, to moja sprawa.

W rezultacie przekonałem ich [Iwanow do pracy w ŁUKOIŁ], ale nie pozwolili mi tam wchodzić.

O roli policji w Szijes

– Dlaczego aktywiści nadal mieszkają w obozie na Szijes, jeśli budowa jest zawieszona?

— Oni [„Technopark”] potrzebują nie jednego obozu, muszą usunąć wszystkich. Prawdopodobnie chcieli przeprowadzić eksperymentalną budowę o powierzchni 15 hektarów, aby pokazać, jak to działa. Można to potwierdzić później, ponieważ [klient i kontrahent] mają całkowitą lojalność we wszystkim. Ludzie fizycznie natomiast przeszkadzają.

Początkowo mieliśmy tam fizyczną obecność. Potrzebowaliśmy ludzi z doświadczeniem, którzy przynajmniej rozumieli, jak opisywać naruszenia nie emocjami, ale sporządzić akt i przedstawić dowody. Jutro będzie coś innego, pojutrze będzie inaczej, a kiedy za sześć miesięcy przeciągniesz świadków do sądu, nie będą pamiętać, o co w tym wszystkim chodziło. Przede wszystkim obecność była konieczna do naprawienia i przełamania blokady informacyjnej.

Kiedy przychodzisz tam, naprawdę pamiętam to uczucie, cieszysz się każdą osobą. Poczucie jedności. Nie było potrzeby zagłębiać się w czyjąś biografię, ale kiedy stało zbyt wielu ludzi, pojawiło się pytanie: po co do cholery jest tylu turystów.

Kiedy nie było jeszcze wpisu na temat Szyjes, widzieliśmy tylko na ślady naruszeń. Kiedy drogi zostały zamknięte dla ciężarówek z paliwem, zaczęli przewozić paliwo koleją. Dlatego na stacji potrzebowali ludzi. W tym czasie były chłodne noce, temperatura spadła do 30 stopni. I można spuścić 14 ton oleju napędowego z lokomotywy spalinowej za pomocą pompy silnikowej w ciągu kilku minut.

— Czy masz wyjaśnienie, dlaczego policja na Szijes mieszka w tym samym pomieszczeniu co strażnicy?

— Jakie jest wytłumaczenie? Bezład.

W grudniu 2018 r. ludzie zaczęli rejestrować naruszenia. Było wiele oświadczeń. Policjant przybył na Szijes, żeby pracować. Pierwsze dwa przypadki kryminalnych naruszeń powiązanych z lasem wszczęto we wrześniu 2018 r., kiedy wspięli się na odcinek od Urdomy do Szijes, gdzie rozpoczęli budowę linii energetycznych. Było to półtora miliona rubli (ok. 80 tys. zł.) straty. Z jakiegoś powodu las, który wycinali na terenie Kolei Rosyjskich, został im wybaczony. Teren, z powodu którego wszczęto postępowanie karne i który jest uważany za miejsce zbrodni, został im przekazany do bezpłatnego użytku. Podczas gdy sprawa była w toku dochodzenia, nadal pracowali, szkody wzrosły do ​​5 milionów. Jest to analogia do sytuacji, w której mężczyzna zabił kogoś, a gdy sprawa jest w toku, zabił jeszcze kilka osób. To jest to samo.

Napisaliśmy apel do Kołokolcewa [Ministra Spraw Wewnętrznych Rosji], że miały tam miejsce różne naruszenia. Poprosiliśmy ich o utworzenie postu międzywydziałowego, który szybko rozpatruje skargi, ponieważ pisaliśmy pięć oświadczeń dziennie. Nie wiem, czy zareagowali na to, ale stworzyli post.

Przez te sześć miesięcy [od lutego do sierpnia 2019 r.] było wiele skarg. Niemal każdego dnia pisałem: że się nie przedstawiają, nie pokazują dokumentów, utrudniają swobodę przemieszczania się. Zderzenia miały miejsce wcześniej, ludziom wybijano telefony z rąk, popychano. Przez sześć miesięcy nigdy nie zainicjowali kontroli.

Policja zwykle odpowiada: „zgodnie ze skargą na naruszenia w obszarze stacji Szijes, nie wykryto żadnych naruszeń w zachowaniu policjantów”. Brak daty, brak opisu – nie rozumiem, dla której skargi jest przeznaczona ta odpowiedź.

— Czy nie groziło ci nic za tyle stwierdzeń?

— Według wydarzeń z 22 maja przyszedł do mnie materiał administracyjny [Iwanow nagrał wideo, w jaki sposób aktywiści zatrzymywali działanie sprzętu]. Rozmawiałem z prawnikiem, doradził poczekać na decyzję, a następnie udać się do sądu. Nadal nie ma wezwań do sądu. Niemniej jednak policja szuka mnie na Szijes. Ludzie mówią, że policja co pewien czas przybywa do obozu z jakąś listą. To dla nich z jakiegoś powodu ważne jest, aby ktoś złapał osobę stamtąd.

W moim życiu nigdy nie było takiego strumienia bezprawia. Uważam, że nasze sądy nie są już sądami, nie są takimi, jakie powinny być. Wszystko jest na rozkaz. A jedynym sposobem, w jaki można zrobić coś zgodnie z prawem, jest reklama, presja publiczna. Władze muszą mieć piękną drogę ucieczki, aby nie stracić autorytetu. Dla nich jest to bardzo ważne.

Sekret długowieczności Komitetu Ratowniczego Peczory i głowy Komi

— Pan został kierownikiem Komitetu Ratowniczego Peczory, najstarszej organizacji ekologicznej w republice. Jakie ma Pan nowe obowiązki?

— Nic się nie zmieniło. W rzeczywistości nasz przewodniczący jest główną osobą i to wszystko. Przewodniczący nie podejmuje decyzji samodzielnie. Ma prawo podpisać i poruszyć niektóre kwestie. Plusy? Jeszcze nie wiem. To, co robiłem wcześniej, będę robić dalej.  Po prostu musimy teraz lepiej komunikować się z ludźmi w kwestiach organizacyjnych.

Komitet Ratowniczy Peczory jest organizacją społeczno-środowiskową. Zawsze mówiłem tak: nie chronimy zwierząt i ptaków, zajmujemy się tym, co niepokoi ludzi żyjących w dorzeczu rzeki Peczora. A główną siłą napędową są ludzie, którzy żyją bezpośrednio nad rzeką, w lesie. Jako pierwsi cierpią z powodu wszystkich katastrof ekologicznych. Obecnie w Komitecie Ratowniczym Peczory są 33 osoby, ale jest wielu zwolenników. Sam skład niewiele się zmienił: ktoś stał się bardziej aktywny, ktoś już umarł. Nie ma radykalnych zmian. Nie są potrzebne. Ponieważ mamy pewną niezależność: można znaleźć specjalistów, a ludzi, którzy mogą dążyć do celu, znaleźć dość trudno.

— Fundusz „Srebrna Tajga”  został uznany za zagranicznego agenta, organizacja publiczna „Ekolodzy Komi” została zlikwidowana na mocy postanowienia sądu. Jak przetrwał Komitetu Ratowniczego Peczory?

— Nie mamy statusu osoby prawnej. „Srebrna Tajga” ma go nawet teraz, ale od 2017 r. jest wpisana do rejestru zagranicznych agentów. Mieli zagraniczne fundusze od Mondi [międzynarodowej korporacji Mondi, reprezentowanej w Komi przez dużą papiernię „Mondi Syktywkar LPK] i mieli pewien procent w kapitale zakładowym organizacji. I poskarżyli się na  „Ekologów Komi”, że będąc osobą prawną, nie prowadzili żadnej działalności.

Jeśli masz status osoby prawnej, możesz wpłacać pieniądze na swoje konto i zarabiać pieniądze. Organizacje publiczne mogą angażować się w działalność komercyjną i wydawać pieniądze na zadania statutowe, ale są to również kontrolę. Urzędnicy mogą pisać podstawy nieplanowanych kontroli nawet codziennie. Gdybyśmy mieli ten status, wylądowalibyśmy w sądzie. Musielibyśmy mieć dział prawny, który walczyłby z nimi.

Byliśmy zarejestrowani jako osoba prawna od samego początku do 2006 r., kiedy to tylko rozpoczęły się prześladowania organizacji ekologicznych.

Rok 2006 jest dla mnie szczytem mojej walki z ŁUKOIŁem. Znalazłem wiele naruszeń, a ŁUKOIŁ zaczął narzekać na nas w prokuraturze. Prokuratura odpowiedziała, że ​​nie ma nic do sprawdzenia: nie ma konta. Rozumieliśmy ten układ.

Za każdym razem dyskutujemy i za każdym razem decydujemy, że tak jest lepiej. Oczywiście dużo na tym tracimy. Nie mamy personelu, jesteśmy organizacją działającą wyłącznie na zasadzie wolontariatu, większość to emeryci. Od czasu do czasu zarabiam dodatkowe pieniądze, robiąc prawne rzeczy.

— Ale macie przecież jakieś pieniądze?

— Próbują nas zmarginalizować. Istnieje lista organizacji, które otrzymują finansowanie zagraniczne – oto my. Zostało o nas napisane, że ściśle współpracujemy z Greenpeace, ale pomagają nam informacyjnie. Na przykład jako pierwsi piszą o wyciekach znalezionych w Komi, a potem zaczynają o tym pisać u nas. Odbyliśmy również z nimi szereg wspólnych konferencji i wypraw.

Chodzimy na wycieki i wypadki albo na własny koszt, albo z pomocą ludzi. Oznacza to, że jeśli coś jest konieczne, składamy się wśród naszych ludzi, wśród naszych zwolenników. Pieniądze idą na wycieczki i konferencje. Zbieramy pieniądze na każdej konferencji, zawsze brzmi, jakie wydatki ponieśliśmy. Publikujemy raporty za rok na stronie.

Wszystko, co robimy, to z pomocą lokalnych mieszkańców. Na przykład pożar w Alabuszyno [w obowodzie usińskim w 2017 r. pożar trwał przez miesiąc w odwiercie im. Alabuszyna, wł. Łukoiła]. Ludzie o nas słyszeli, ale sami nie wiedzieli, jak to naprawić. Zdecydowaliśmy się pojechać, znaleźliśmy pieniądze na podróż pociągiem, zebraliśmy 4 tysiące (ok. 220,70 PLN). Spodziewaliśmy się również, że zapłacimy za śnieżycę benzynową, która dowiozła nas do płonącej studni. Mężczyzna nic nie wziął. Mieszkaliśmy tam z ludźmi, karmili nas.

— Jakie są Pana relacje z głową republiki?

— Gaplikow jest dziwnym typem. Wygląda na to, że nie jest kierownikiem, ani politykiem, że przyszedł, by dowodzić jakimś przedsiębiorstwem. Nie lubię Gaplikowa, ponieważ uważam, że on nas nie szanuje i nienawidzi.

W rzeczywistości zlikwidował Ministerstwo Zasobów Naturalnych nie informując Ministra: stanął przed faktem, że został zwolniony. Nie konsultował się z naukowcami ani z działem prawnym. Nasze dokumenty referendum w tej sprawie zostały przekazane przez komisję wyborczą dopiero po raz trzeci. Zostały wysłane do prezydenta, Dumy Państwowej, Rady Federacji, Centralnej Komisji Wyborczej – kwestia referendum osiągnęła poziom federalny. Gdy tylko paczka dokumentów trafiła do prezydenta, wszystko zostało wyjaśnione.

— Przez prawie pięć lat nie zmienił Pan swojego stosunku do niego?

Nie. Cóż, może nie jest już taki głupi w kwestii kukurydzy [latem 2016 roku Gaplikow zaproponował zastąpienie pasternaku krowiego kukurydzą pastewną, ale z powodu przedłużającej się wiosny musiał zrezygnować z tego pomysłu]. Najwyraźniej stał się bardziej ostrożny w swoich wypowiedziach. Przynajmniej teraz, w Uchcie, planowali kontynuować budowę składowiska odpadów w celu unieszkodliwiania odpadów klasy zagrożenia 1-2, gdzie można odepchnąć energię jądrową. Gaplikow powiedział, że nie. Myślę, że z powodu tego, że jest to rok do wyborów.

— Czy może zmienić zdanie i zaczną budować ten pochowek w Uchcie?

— Formalnie jego słowa nic nie znaczą. Ale z punktu widzenia roku wyborczego może to zagrać bardzo źle, jeśli złamie słowo. Przynajmniej Uchta tego nie wybaczy.

Autor: DMITRIJ STEPANOWSKI

 Zdjęcie - wikipedia.org

Zdjęcie - wikipedia.org

Źródło:
«Такое ощущение, что протесту не дают затухнуть». Эколог из Коми Иван Иванов — о затянувшемся противостоянии на Шиесе, конфликте среди активистов и тактике выживания – 7×7-journal.ru

Od redaktorów mamy następujący dodatek. Nie ma jeszcze projektu składowiska. Moskiewska służba prasowa napisała we wrześniu, że wiosną 2020 r. powinno odbyć się przesłuchanie publiczne na temat budowy składowiska odpadów na stacji Szijes w obwodzie archangielskim.

Jeśli podoba ci się to, co robimy możesz wspomóc naszą działalność
Wesprzyj nas