„Ludzie leżeli jak żywy dywan w kałużach krwi”

Czas czytania: 11 min

Straszna relacja Znak.com z więzienia w Białorusi o biciu zatrzymanych na wiecach ludzi.

Wieczorem 10 sierpnia w Mińsku, przed protestem przeciwko wynikom wyborów prezydenckich w Białorusi, został zatrzymany korespondent Znak.com Nikita Teliżenko. Przyjechał do republiki na zlecenie redakcyjne. W ciągu doby po aresztowaniu nie było z nim żadnego kontaktu. Nikita został wypuszczony dopiero w nocy 11 sierpnia. O niekończących się biciach, upokorzeniu, bólu – w raporcie Teliżenko z oddziału policyjnego w Mińsku i więzienia w Żodino.

Aresztowanie

Zostałem zatrzymany 10 sierpnia, kiedy cały Mińsk szedł na drugi protest przeciwko wynikom wyborów prezydenckich w Białorusi. Akcję zaplanowano na ulicy Nemiga. W to miejsce ciągnięto już pojazdy wojskowe, ciężarówki, na przejściach i między domami było wielu wojskowych, policja i OMON (Oddział Mobilny Specjalnego Przeznaczenia). Po prostu spacerowałem i obserwowałem przygotowania do demonstracji. Widziałem armatkę wodną, ​​napisałem o tym do redakcji i dosłownie minutę później podeszli do mnie policjanci, ubrani w zwykłe mundury. Poprosili mnie, żebym pokazał, co mam w torbie, myśleli, że mam podejrzaną torbę. Pokazałem – w środku była tylko moja kurtka. Potem zostałem zwolniony.

Wkrótce na przystanku autobusowym przy Pałacu Sportu zobaczyłem, jak każdego, kto wysiadł z autobusu, łapała policja i wsadzała do radiowozu. Zrobiłem telefonem kilka zdjęć tego procesu i zacząłem pisać do redakcji o pierwszych aresztowaniach podczas drugiej akcji protestacyjnej. Następnie udałem się w stronę steli Miasto-bohater, gdzie dzień wcześniej doszło do prawdziwej masakry pomiędzy protestującymi a funkcjonariuszami bezpieczeństwa, chciałem zobaczyć, jak to miejsce wygląda po masakrze. Ale w połowie drogi około mnie zatrzymał się minivan. Z niego wyskoczyli uzbrojeni omonowcy. Podbiegli do mnie i spytali, co tu robię. Jak później zrozumiałem, szukali koordynatorów akcji, wiedzieli, że w telegramie protestujące wymieniali się informacją o przemieszczeniach sił bezpieczeństwa, zgłaszali zasadzki. Najwyraźniej zdecydowali, że jestem jednym z nich. Mówię im: „Nie mam nawet telegramu w telefonie, piszę SMSy, jestem dziennikarzem, piszę do redakcji”. Złapali mój telefon, przeczytali wiadomości i wsadzili do samochodu. Powiedziałem im, że niczego nie naruszyłem, że nie biorę udziału w akcji protestacyjnej, jestem dziennikarzem, na co dostałem odpowiedź: „Siadaj, przyjdą przełożone i zdecydują”.

Wkrótce przyjechała Gazela, którą przerobili w radiowóz. Były tam trzy przedziały, z których dwa miały mocne drzwi i malutkie okienko. Związali mnie, umieścili tam. Poprosiłem o telefon, żeby poinformować redakcję, że mimo wszystko zostałem zatrzymany.

– I nie jesteś zatrzymany – powiedział mi jeden z funkcjonariuszy policji.

– Ale jestem za kratkami – odpowiedziałem.

– Siedź spokojnie – odparł.

Potem wzięli mój paszport i zobaczyli, że jestem obywatelem Rosji.

– I … [nieprzyzwoite określenie męskiego narządu płciowego, w znaczeniu „co?”] robisz tutaj?

– Jestem dziennikarzem – odpowiedziałem.

Na tym zakończył się dialog z OMON. A ja siedziałem w Gazeli i czekałem, aż wypełni się całkowicie takimi samymi „nieskrępowanymi” jak ja. Zajęło to pół godziny. Obok mnie siadł 62-letni emeryt. Nazywał się Nikołai Arkadiewicz. Powiedział mi, że został zatrzymany, kiedy szedł do sklepu i zobaczył, że policja chwytała chłopca. „Stałem w jego obronie, próbowałem razem z nim walczyć. Powiedziałem im: to dziecko, co wy robicie?” – podzielił się swoją historią Nikołai Arkadiewicz. W rezultacie chłopiec uciekł, a go obrońca został zatrzymany.

Nikołai Arkadiewicz powiedział, że został mocno uderzony w wątrobę. Poprosił o wezwanie karetki, ale nikt nie zareagował na jego prośbę.

Nikita Teliżenko – zdjęcie znak.com

16 godzin piekła w komendzie policji rejonu moskiewskiego w Mińsku

Więc gdzieś pojechaliśmy. Gdzie – wtedy nie wiedziałem. Ale jak się później okazało, była to komenda policji, 16 godzin w której okaże się dla nas wszystkich prawdziwym piekłem. Jechaliśmy przez 20-30 minut.

Gdy tylko się zatrzymali, policjanci w kamizelkach ratunkowych zaczęli krzyczeć stojąc na ulicy: „Twarzą w ziemię!!!”.

Kilku funkcjonariuszów wleciało do naszego radiowozu, nasze ręce były zgięte za plecami, tak że chodzenie było prawie niemożliwe.

Facet przede mną został specjalnie uderzony głową w futrynę drzwi wejściowych na posterunek policji. Krzyczał z bólu. W odpowiedzi zaczęli go bić po głowie i krzyczeć: „Zamknij się, suko!” Pierwszy raz mnie uderzyli, kiedy wyciągnęli mnie z samochodu, po prostu pochyliłem się zbyt nisko i dostałem w głowę ręką, a potem kolanem w twarz.

W budynku komendy policji zabrano nas najpierw do jakiegoś pomieszczenia na czwartym piętrze.

Tam ludzie leżeli na podłodze jak żywy dywan i musieliśmy po nich chodzić. Było dla mnie bardzo niekomfortowe, że mimo wszystko nadepnąłem komuś na rękę, ale w ogóle nie widziałem, dokąd idę, bo moja głowa była mocno pochylona do podłogi. „Wszyscy na podłodze, twarzą w dół”, krzyczeli na nas. I rozumiem, że nie ma gdzie położyć się, wszędzie wokół ludzie leżą w kałużach krwi.

Udało mi się znaleźć miejsce i położyć się nie na ludziach, jako druga warstwa, ale obok nich. Można było tylko leżeć na brzuchu twarzą do dołu. Znów miałem szczęście, że założyłem maskę medyczną, która łagodziła wrażenie od brudnej podłogi, w którą musiałem utknąć się nosem. Facet obok mnie, chcąc położyć się wygodniej, przypadkowo odwrócił głowę na bok i natychmiast został kopnięty w twarz wojskowym butem.

A dokoła wszystkich brutalnie bili: zewsząd słychać było uderzenia, krzyki, wrzaski. Wydawało mi się, że część zatrzymanych mieli złamania – niektórzy mieli złamane ręce, niektórzy nogi, niektórzy kręgosłup, bo przy najmniejszym ruchu krzyczeli z bólu.

Nowi zatrzymani musieli się położyć w drugiej warstwie. To prawda, po chwili policjanci zdali sobie sprawę, że to zły pomysł i ktoś kazał przynieść ławki. Byłem wśród tych, którym pozwolono na nich usiąść. Ale w tym samym czasie można było siedzieć tylko z opuszczoną głową i rękami splecionymi z tyłu głowy. I dopiero wtedy zobaczyłem, gdzie jesteśmy – okazało się, że była to sala koncertowa policji rejonu moskiewskiego. Udało mi się zobaczyć, że przede mną były zdjęcia policjantów, którzy wyróżnili się w służbie. Wydawało mi się to złą ironią, zastanawiam się – czy dzisiejsze zasługi tych, którzy nas teraz bili, zostaną ocenione jako znakomita zasługa?

Spędziliśmy tak 16 godzin.

Aby zrobić sobie przerwę na pójście do toalety, trzeba było podnieść rękę. Niektórzy z tych, którzy y tych co nas strzegli, pozwalali i prowadzali ludzi do toalety. Niektórzy mówili: „Idź pod siebie”.

Moje ręce i nogi były strasznie zdrętwiałe, a szyja bolała. Czasami zamienialiśmy się miejscami. Czasami przychodzili nowi policjanci, zbierali wszystkie nasze dane na nowo: nazwisko, kiedy był aresztowany.

Około godziny drugiej w nocy na komisariat policji zostali przewiezieni nowi zatrzymani. I tu zaczęła się zaciekła brutalność. Milicjanci zmuszali zatrzymanych do modlitwy, czytania „Ojcze nasz …”, a ci, którzy odmówili, byli bici na wszelkie możliwe sposoby. Siedząc w sali, słyszeliśmy jak biją ludzi piętrem wyżej i niżej. Wydawało się, że ludzie są praktycznie wdeptani w beton.

I w tym czasie za oknem słychać było eksplozje granatów dźwiękowych, trzęsły się szyby, a nawet drzwi w naszej sali. Oznacza to, że bitwa toczyła się tuż pod oknami policji. Z każdą mijającą godziną, z każdą kolejną grupą zatrzymanych przyprowadzanych na komisariat, siłowiki szalały i stawały się jeszcze bardziej brutalne. Policjanci byli naturalnie zaskoczeni aktywnością protestujących. Słyszałem, jak rozmawiali ze sobą przez radio, że rezerwowe oddziały są wykorzystywane do tłumienia wieców. Byli wściekli, że ludzie nie opuszczali ulic, mimo że byli bici i brutalnie bici, ludzie się ich nie bali, budowali barykady i stawiali opór.

– Ty, suko, przeciwko komu postawiłeś barykady, zamierzasz walczyć ze mną? Chcesz wojny? – krzyknął jeden z policjantów bijąc zatrzymanego. To, co mnie zdumiało, zabiło i podeptało, to fakt, że wszystkie te pobicia miały miejsce na oczach dwóch kobiet – funkcjonariuszek policji, które rejestrowały zatrzymanych i opisywali ich majątek. Na ich oczach bito nastolatków w wieku 15–16 lat i dzieci. Bicie takich ludzi jest porównywalne do bicia dziewczyn! I nawet nie reagują…

Zdjęcie – tjournal.ru

Będąc sprawiedliwym muszę stwierdzić, że nie wszyscy funkcjonariusze policji byli zaangażowani w szczerą masakrę i sadyzm. Był tam kapitan, przyszedł do nas, zapytał, kto chce wodę, kto musi skorzystać z toalety. Nie zareagował jednak na to, co jego młodzi koledzy robili na korytarzu z zatrzymanymi.

Funkcjonariusze każdej nowej zmiany na oddziale policji pytali każdego z nas, kim jesteśmy, skąd pochodzimy i kiedy nas zatrzymano. Co więcej, po tym, jak widzieli mój rosyjski paszport, ciosy nie były tak silne w porównaniu z tymi, które otrzymywałem, gdy myśleli, że jestem Białorusinem.

Nikomu z nas nie pozwolono zadzwonić do kogoś, jestem pewien, że krewni wielu z tych, którzy tej nocy siedzieli obok mnie, nadal nie wiedzą, gdzie są ich bliscy.

Około siódmej lub ósmej rano przyjechało dowództwo, było jasne, że przyjechały nie z domu, ale z ulic Mińska, gdzie toczyła się wojna.

Zaczęli przeprowadzać spis zatrzymanych, okazało się, że dwóch zaginęło. Zaczęli biegać po biurach, próbując dowiedzieć się, dokąd poszli ci dwaj. Nie mogli się tego dowiedzieć. Kiedy leżałem na podłodze kątem oka, zobaczyłem kogoś, nie wiem, czy to był mężczyzna, czy kobieta, niesionego na noszach. Osoba ta się nie poruszyła ani razu, nie wiem, czy żyła.

Następnie przeniesiono nas wszystkich na pierwsze piętro i umieszczono w celach dla zatrzymanych. Były zaprojektowane dla dwóch osób, a nas było około 30. Procesowi towarzyszyły wybrane przekleństwa rosyjskie i bicie, krzyczono: „Mocniej! Mocniej! ” Wśród moich współwięźniów byli emeryci i młodzi ludzie. Tam ponownie spotkałem Nikołaja Arkadiewicza. Ale stał z nami przez pół godziny, potem go wyprowadzili i umieścili w sąsiedniej pustej celi.

Przez pierwszą godzinę ściany i sufit celi były pokryte kondensatem. Ktoś zmęczony staniem usiadł na podłodze, ale w ogóle nie było powietrza i zemdlały, ci, którzy stali, umierali z gorąca. Spędziliśmy więc dwie, trzy godziny, czekaliśmy na przewóz. Nie wiedzieliśmy, dokąd jedziemy…

Drzwi się otworzyły. „Twarzą w ścianę”, krzyczeli na nas, po czym przyleciały policjanci, zaczęły załamywać nam ręce za naszymi plecami i ciągnąć nas po podłodze przez wszystkie wydziały policji. W radiowozu znowu zaczęli układać nas w warstwy, żywy dywan. Krzyczeli do nas: „Twój dom to więzienie”. Ci, którzy leżeli na podłodze, dusili się od ciężaru ciał: na górze były jeszcze trzy warstwy ludzi.

Droga bólu i krwi

W samochodzie policyjnym dalej bili ludzi: za tatuaże, za długie włosy „Ty, pedale, teraz na zmianę będą cię … [wykorzystywali seksualnie] w więzieniu” – krzyczeli.

Osoby leżące na schodach poprosiły o pozwolenie na zmianę pozycji, ale za tę prośbę otrzymały uderzenia w głowę gumową pałką.

W takim stanie spędziliśmy godzinę w radiowozu. Przez tak długi czas tłumaczyłem sobie, że najwyraźniej nie wiedzieli, co z nami zrobić, ponieważ było tam wielu zatrzymanych, a wszystkie ośrodki zatrzymań i aresztów śledczych były przepełnione.

Zdjęcie – tut.by

Ale potem znowu rozległ się okrzyk policji prewencyjnej z rozkazem: „Podczołgaj się i stań na biodrach”. Zmusili nas zacisnąć ręce z tyłu głowy. Nie można było odchylić się do tyłu na siedzeniu ani wyprostować. Ci, którzy naruszyli ten wymóg, byli bezlitośnie bici. Pozwalano im tylko od czasu do czasu zmieniać położenie nacisku na stopy: w tym celu człowiek musiał ponieść ręce, podać swoje imię, powiedzieć, skąd pochodzi i gdzie był przetrzymywany.

Jeśli strażnikowi (wtedy jeszcze myślałem, że OMON nas eskortuje, dopiero pod koniec drogi dowiedziałem się, że to białoruski SOBR, Specjalny Oddział Szybkiego Reagowania) nie podobało się nazwisko, tatuaż lub wygląd kogoś, to nie wolno mu było zmieniać nóg, bili go za powtórzenie prośby. Co więcej, później mówili, że próba zmiany pozycji będzie równoznaczna z próbą ucieczki – a więc egzekucją na miejscu.

Prośby o zatrzymanie się i pójście do toalety zostały zignorowane. Zaproponowano nam chodzić pod siebie. Niektórzy nie wytrzymywali i nawet wypróżniali się tak siedząc prosto w spodenkach. Jechaliśmy więc w chlupoczących odchodach. Kiedy nasi strażnicy się znudzili, kazali nam śpiewać piosenki, głównie hymn Białorusi, i filmowali to wszystko na telefon. Kiedy nie podobał im się występ, znowu bili. Kiedy ktoś źle śpiewał, zmuszali go do śpiewania od nowa, oceniał, kto śpiewał jak. „Jeśli myślisz, że cierpisz, to jeszcze nie jesteś ranny, teraz w więzieniu będzie boleć, Twoi bliscy już Cię nie zobaczą” – powiedzieli nam strażnicy.

– Wy … [nieprzyzwoite słowo oznaczające kompletnego głupca] siedzicie tu teraz, a Wasza Cichanouska (Swietłana Cichanouska jest konkurentką urzędującego prezydenta republiki Aleksandra Łukaszenki w wyborach, pod naciskiem białoruskich władz wyjechała z kraju – Znaku. com) … [nieprzyzwoite słowo oznaczające „uciekła”] z kraju, a wy życia już nie będziecie mieli – powiedział jeden ze strażników.

Podróż trwała dwie i pół godziny. To były dwie godziny bólu i krwi.

Udało mi się jeszcze namówić jednego z naszych strażników do rozmowy (wtedy dowiedziałem się, że to SOBRowiec). Oczywiście dostałem za to, ale nie żałuję, w końcu pozwolił mi później zająć wygodniejszą dla mnie pozycję. Zapytałem go, dlaczego mnie zatrzymali, za co dostałem tarczą w szyję, za co bili mnie w nerki. „Czekamy tylko, aż zaczniesz palić coś na ulicach – powiedział mi. – A potem zaczniemy do was strzelać, mamy rozkaz. Był wspaniały kraj – Związek Radziecki, i przez takich pedałów jak ty zginął. Ponieważ nikt nie postawił was na miejsce wtedy. Jeśli myślicie (chodziło o Federację Rosyjską), że przedstawiliście tu swoją Cichanouską, ona wam namieszała ci w głowie, to wiedzcie, że nie odniesiecie sukcesu na drugiej Ukrainie, nie pozwolimy Białorusi stać się częścią Rosji”.

– Ty tutaj … [nieprzyzwoite określenie męskiego narządu płciowego, w znaczeniu „po co?”] przyjechałeś – zapytał mnie.
– Jestem dziennikarzem, przyjechałem pisać o tym, co się tu dzieje…
– No co, suko, napisałeś? Zapamiętasz ten materiał na długo.

„Przestańcie nas torturować, po prostu zastrzelcie nas” – krzyczał w tym czasie młody chłopak, którego nerwy już zaczęły pękać od bicia i bólu.

„… [Nieprzyzwoite określenie męskiego narządu płciowego], tak łatwo nie wyjdziesz” – odpowiedział jeden ze SOBRowców.

Podczas tej długiej piekielnej drogi zdałem sobie sprawę, że wśród eskortujących nas funkcjonariuszy byli zarówno zdeklarowani sadyści, jak i ideowe, którzy wierzą, że naprawdę ratują swoją ojczyznę przed wrogami zewnętrznymi i wewnętrznymi. W przypadku tego ostatniego dialog jest możliwy.

Więzienie

Przez całą drogę nie wiedzieliśmy, dokąd nas zabierają: do tymczasowego aresztu, aresztu, więzienia, a może po prostu do najbliższego lasu, gdzie albo bardzo mocno nas pobiją, albo po prostu zabiją do śmierci. W ogóle nie przesadzam co do ostatniej opcji, miałem wrażenie, że wszystko jest możliwe.

Kiedy dotarliśmy do ostatniego punktu (tak to nazywam, ponieważ nie do końca wiem, gdzie byliśmy), staliśmy tam przez półtorej godziny lub dwie, ponieważ przyjechało z nami siedem kolejnych radiowozów i była kolejka. Kiedy przyszedł rozkaz opuszczenia samochodów, zabrali nas w niewygodnej pozycji, na kolanach, zabrali do jakiejś piwnicy, tam byli ludzie, były psy służbowe.

Wzmocniło to obawy o przyszłość, ale ostatecznie wszystko okazało się nie tak straszne, jak w policji w Mińsku.

Długo prowadzali nas jakimiś korytarzami, potem prowadzili na dziedziniec więzienny – w filmach pokazują, jak więźniowie po takim chodzą. A dla nas to był już prawie raj.

Po raz pierwszy od dnia mogliśmy opuścić ręce, wyprostować się, położyć, a co najważniejsze, nikt nas jeszcze nie bił. Jeden facet miał uszkodzony kręgosłup, naturalnie skakali po nim policjanci w oddziale policyjnym w Mińsku, jego kolano zostało wybite, zwisało prosto i wystawało. Wyszedł więc na ten dziedziniec i upadł.

Po raz pierwszy byliśmy traktowani jak ludzie: przynieśli nam wiadro, pełniące funkcję toalety, niektórzy z nas nie robili tego prawie dobę, przynieśli półtora litrową butelkę wody. Oczywiście to nie wystarczyło na 25 osób, ale nadal…

Zdjęcie – tut.by

– Dzisiaj już nas nie będą bili? – Jeden z zatrzymanych zapytał tego, który przyniósł wiadro i wodę.

– Nie – odpowiedział ze zdziwieniem funkcjonariusz więzienia. – Teraz zostaniesz po prostu wysłany do celi i po sprawie.

Po raz pierwszy od dnia mogliśmy ze sobą porozmawiać. Byli ze mną przedsiębiorcy, informatycy, ślusarze, dwóch inżynierów, jeden budowniczy i byli więźniowie. Nawiasem mówiąc, jeden z nich powiedział, że to nie jest areszt tymczasowy ani areszt śledczy, ale kolonia w Żodino, wie o tym, bo tu siedział. Wkrótce na dziedziniec został również wprowadzony mój przyjaciel Nikołaj Arkadiewicz.

Mężczyzna w mundurze wszedł na kładkę nad dziedzińcem więzienia. „Teliżenko?! Czy jest tu Nikita Teliżenko?” – Krzyknął. Odezwałem się. Mężczyzna w mundurze wojskowym przemówił do stojącego obok niego, a potem krzyknął: „Nikita, podejdź do drzwi, teraz przyjdą po ciebie”.

Moi współwięźniowie byli dla mnie bardzo szczęśliwi. „Cóż, w końcu cię zabierają” – powiedział mi na rozstaniu Nikołaj Arkadiewicz.

Droga do domu

Umundurowanym mężczyzną okazał się pułkownik Iljuszczkiewicz z Departament Wykonania Kar Ministerstwa Spraw Wewnętrznych Białorusi. Powiedział, że teraz ja i inny Rosjanin (okazało się, że był to korespondent RIA Nowosti) zostaną zabrani. Nie wiedziałem, kto nas zabiera. „KGB czy ambasadorowie” – pomyślałem. Dali mi wszystkie moje rzeczy i wyszliśmy przez bramę więzienia.

Stało tam dużo osób: krewni szukających zaginięcia po zatrzymaniu bliskich, obrońcy praw człowieka. Spotkaliśmy się z kobietą, która przedstawiła się jako pracownik służby migracyjnej Białorusi, zabrała nas do samego miasta Żhodino, do wydziału migracyjnego, gdzie „potoczyli” palcami i wydali nakaz deportacji, zgodnie z którym ja i korespondent RIA Nowosti musieliśmy do północy opuścić terytorium republiki. W tym momencie była już godzina 22:30.

Według niej jutro miałem mieć rozprawę, pod jakim zarzutem (nie widziałem żadnych dokumentów o pociągnięciu mnie do odpowiedzialności administracyjnej lub karnej, nie postawili mi żadnych zarzutów) – nie potrafiła wyjaśnić, ale powiedziała, że ​​mogą mnie zarzucić od 15 dni do sześciu miesięcy aresztu.

Następnie przyjechał pracownik ambasady rosyjskiej w Białorusi. Powiedział, że aby nas znaleźć, ambasador Rosji osobiście dzwonił do szefa MSZ republiki. Dyplomata wsadził nas do samochodu i zawiózł do Smoleńska.

Przez pozostałe półtorej godziny udało nam się przekroczyć granicę z Federacją Rosyjską, do Smoleńska dotarliśmy o 2:30. Konsul kupił nam burgery, bo ani ja, ani kolega nie mieliśmy rosyjskich pieniędzy, dowiózł nas do hotelu i zostawił nas tam.

Teraz jadę do Moskwy, aby stamtąd polecieć do domu, do Jekaterynburga.

Jeśli podoba ci się to, co robimy możesz wspomóc naszą działalność
Wesprzyj nas