Po roku pandemii zdążyli się przyzwyczaić. Do zamknięcia w pokojach, studiów online i strachu przed przyszłości. Najtrudniej przyzwyczaić się do jednego: tęsknoty za rodziną.

 

Studentów z krakowskiego akademika aż zmroziło, kiedy w Internecie przeczytali, że rząd ogłosił zamknięcie granic. Jeden podniósł głowę znad komputera i rozejrzał się po pokoju: lekki bałagan, parapet zastawiony książkami i kserówkami ze studiów, rozścielone łóżko, na nim „wieczorowe” ciuchy, bo przywykł, że wieczorem zarzuca koszulę i wychodzi na miasto. Drugi słał sms-y: „No to sobie już nie wyjdziemy”. Pisał po polsku, bo tak się z przyjaciółmi umówili. W ojczystych językach pisali tylko z rodzinami, które zostały w Ukrainy, Gruzji, Nepalu, Filipinach.

Kiedy wybuchła pandemia w podobnej sytuacji znaleźli się studenci z zagranicy na wszystkich uczelniach w Polsce. Problem dotyczy aż 82,2 tys. zagranicznych studentów, którzy w Polsce studiują (dane GUS z roku akademickiego 2019/2020). Najwięcej jest ich na Uniwersytecie Jagiellońskim (2,9 tys.) i Uniwersytecie Warszawskim (2,8 tys.). Najchętniej studiują kierunki związane z biznesem i administracją, popularne są także nauki społeczne. Najliczniejszą grupę stanowią studenci z Ukrainy (39 tys.), Białorusi (8,3 tys.), Hiszpanii i Turcji (po 2,2 tys.).

Ich życie zmieniło się z dnia na dzień. Uniwersytety wprowadziły zdalne zajęcia. Znajomych ze studiów widywali więc tylko „na kamerkach”. Zamknęła się większość bibliotek i czytelni, więc przypisy w pracach dyplomowych trzeba było wypełniać publikacjami znalezionymi w cyfrowych repozytoriach.

Promotorzy telefony czasem odbierali, czasem nie. Egzaminy i kolokwia też trzeba było jakoś przeżyć, choć zdawanie ustnego za pośrednictwem kamerki, w obcym języku, do przyjemnych nie należy. Na wiosnę pozamykały się knajpy, nie było gdzie się rozerwać. Część straciła dorywcze prace w gastronomii i handlu, części udało się ją uratować.

Niektórzy zdążyli się przyzwyczaić. Biorą rzeczywistość, jaka jest. Ile można czekać na zniknięcie wirusa, otwarcie knajp, brak kontroli na granicach i kwarantanny po przylocie do ojczystego kraju?

Niektórzy w lockdownie widzą nawet plusy: więcej czasu na pasję, lekturę, nadrobienie filmów i seriali. Nie chcą narzekać i pytanie o to, jak im się w Polsce żyje, większość odpowiada: „Jest w porządku”. Ale w ich opowieściach kryje się nuta tęsknoty. Nie tylko za rodzinami, których nie widzieli na żywo od miesięcy. Także za normalnością.

 

Nadzieja tymczasowa

Nikołaj studiuje we Wrocławiu marketing i social media. Jest na piątym roku. Z Polską chciałby się kiedyś związać pod jednym warunkiem: znalezienia pracy, która go zadowoli. — Iść gdzieś na budowę albo do sklepu, to moim zdaniem marnowanie własnego życia — mówi.

Do Polski przyjechał w 2016 roku, nigdy wcześniej tu nie był. Pierwsze wrażenia? — Z jednej strony Europa, z drugiej — blisko do domu. No i tanio, w porównaniu do zachodnich krajów. Oprócz tego z Polski zawsze można wyjechać dalej, nikt nas nie ogranicza. Chyba że obecna sytuacja. Ale to, mam nadzieję, tylko tymczasowo…

Podczas pierwszej fali pracował zdalnie: pisał artykuły po rosyjsku dla jednego z wydawnictw. Prawie od razu na uczelni wprowadzili zajęcia online, co dla niego okazało się wygodne. — Nie traciłem czasu na dojazd — mówi. — No i tak siedziałem sobie w domku i odpoczywałem w ciszy.

Wiadomo: brakowało imprez, wycieczek. Pamięta jak z kumplem kupili piwo i pili „ze sobą”, ale przez Skype, kiedy wiosną nastał zakaz wychodzenia z domu bez wyraźnej potrzeby.

Potem było trochę lepiej. — Latem normalnie — zaczęliśmy nawet spacerować. Studiów nie było, więc miałem więcej czasu na aktywny odpoczynek — mówi Nikołaj, który w przerwach od nauki lubi wsiąść w pociąg lub autobus i pozwiedzać Polskę.

Yelyzaveta studiuje na trzecim roku — zarządzanie firmą. Wybrała Polskę, bo zawsze chciała studiować gdzieś w Europie, poznać życie w dużym kraju na zachodzie. Polski język zawsze wydawał jej się zbliżony do ukraińskiego, więc kiedy szukała kraju, miasta i uczelni, wybór padł na Wrocław.

Mówi, że jest introwertyczką, więc nawet jeśli chciałaby się wyżalić na samotność, na rutynę, na siedzenie godzinami w pokoju w wynajmowanym mieszkaniu — swoje smutki woli zostawiać dla siebie.

Ma szczęście — po wybuchu pandemii nie straciła pracy. W restauracji typu fast-food spotyka znajomych, pogadają, wymienią się doświadczeniami, jak przetrwać te miesiące. Tyle Yelyzavecie na razie wystarcza. Lubi swoją pracę i nie lubi narzekać.

Ale jeśli już by musiała, to na brak studenckich koncertów, juwenaliów, na których zawsze ludzi było pełno, zabawa była swobodna, ramię w ramię można było skakać pod sceną. Teraz poskakać można sobie co najwyżej w pokoju, ale sąsiad może się wkurzyć na hałasy.

Brak zajęć „na żywo” nie bardzo jej przeszkadza. — Nie muszę wstawać rano i jechać na uczelnię — mówi. — Mnie wygodniej jest studiować w domu. Czasem może się zdarzyć sytuacja, że nie mogę nawiązać takiego „normalnego” kontaktu z niektórymi wykładowcami. Ale to nie tylko kwestia studiowania online. Jest mi wygodniej, bo mogę uczyć się z dowolnego miejsca.

Tęskni za rodziną, nie wiem, kiedy pandemia się skończy i kiedy ich zobaczy. Łączy się z bliskim na kamerce. Nie ma też całkowitej pewności, czy w Polsce po studiach zostanie: — Chciałabym też sprawdzić, jak się żyje w innych krajach.

 

Nie nadążam

Po prawie roku pandemii Nikołaja dotknął syndrom, który ma dziś wiele osób: po prostu się przyzwyczaił. — Od prawie roku mamy zajęcia online. Egzaminy to już nie problem, dla mnie to nawet łatwiej w domu samemu napisać test, niż w dużej sali. I nie chodzi tu o ściągę — wykładowcy wymagają, by podczas egzaminów włączać kamery, żeby było widać czym tam student się zajmuje. Chodzi o ciszę i spokój, który panuje w mieszkaniu.

Wracać do domu nie planował. — Bo po co? Oni tam na granicy codziennie zmieniają zasady, coś tam kombinują — irytuje się Niki. — Ja za nimi nie nadążam. Poza tym, tak naprawdę już tutaj w Polsce mam więcej znajomych niż w ojczyźnie. No i szkoda kasy. Jak wyjadę, ciężko będzie wrócić.

Wynajmuje pokój i nawet będąc w domu będzie musiał za niego płacić. Jeśli zrezygnuje, nie będzie miał gdzie wracać. — Pociągi rzadko kursują, więc możliwy transport to autobus albo samolot. Pierwszy jest strasznie niewygodny, a drugi strasznie drogi. Jak będzie pilna potrzeba, to wyjadę. Na razie jestem tu — mówi.

W pandemii najtrudniej znosił informacje o rosnącej liczbie zgonów. 50, 100, potem 200, 300…

— Niektórzy stracili bliskich, mamę, ojca, dziadka. To się nigdy nie powinno zdarzyć.

Życie Olhi, również z Ukrainy, w pewnym elemencie zmieniło się na plus: wszyscy zamknęli się w domach i czekali, jak załamie się gospodarka, ona tuż przed lockdownem znalazła pracę w sklepie.

— Więc finansowo jest w porządku — mówi. — W końcu udało mi się przeprowadzić się na nowe, lepsze mieszkanie.

A co jest dla niej najtrudniejsze? Że do tej pory nie mogła spokojnie pojechać na Ukrainę, by odwiedzić rodzinę. Tu i tam trzeba po przekroczeniu granicy odbyć kwarantannę.

— Dla mnie to strata czasu, bo sama płacę za mieszkanie i za wszystko inne — tłumaczy Olha. Brakuje jej też normalnych, „żywych” zajęć na wydziale.

— Na uczelni jakoś lepiej postrzegasz informacje — mówi. — Na zajęciach nie zaśniesz, a tu można się zalogować i spać dalej.

 

Nie bądźmy śmieszni

Denis, który pochodzi z Gruzji, opowiada, że życie studenckie w pandemii zmieniło się „dramatycznie”. Przede wszystkim dlatego, że wielu z jego przyjaciół — choć nie on sam — zaraziło się wirusem i wielu zniosło go źle. Na szczęście teraz są już zdrowi.

Oprócz tego: we znaki daje się brak… wszystkiego. — Brak imprez, spotkań weekendowych, które wcześniej urządzaliśmy regularnie — mówi Denis. — Do sklepu w maseczce, do lekarza w maseczce, w tramwaju dystans i w maseczce. Strasznie to niewygodne. Zwłaszcza dla młodego człowieka, który lubi swobodę.

Zajęcia? Nie bądźmy śmieszni: jak studenci z kierunków medycznych mogą się czegoś nauczyć na zajęciach online? Wykładu „na żywo”, kontaktu z salą, narzędziami, modelami, fantomami — tego nie da się zastąpić.

Studenci siedzą zamknięci w akademikach. Na szczęście zwykle płacą mniej, niż przed pandemią. — Teoretycznie, mają więcej czasu, by zarobić na pokrycie bieżących rachunków — mówi Denis. Ale po pierwsze: pandemia wielu zabrała możliwości dorobienia i nie każdy ma to szczęście, by pracować zdalnie. Po drugie: to i tak za mało, żeby utrzymać się niezamożnemu studentowi z Gruzji w obcym kraju.

— Wielu z moich przyjaciół postanowiło przerwać studia i wyjechać do domów — mówi Denis.

Nikołajowi przestało zależeć tylko na zabawie i dobrym spędzeniu czasu. Zaczął myśleć poważnie o przyszłości. Jaka ona będzie? W pandemii, przed szczepionką, z informacjami o mutacjach wirusa, zamkniętą gospodarką i szczelnymi granicami — ciężko cokolwiek planować.

— Co dalej? Nie wiem — przyznaje. — Popyt na pracowników rosyjskojęzycznych jest. Mogę pracować na przykład jako rekruter, doradca klienta lub manager eksportu. Ale warto by wiedzieć, jakie w takiej pracy będę miał perspektywy. Polska się rozwija, powstają nowe firmy, które chcą sprzedawać na wschód. Może i moje umiejętności się komuś przydadzą.

Kończy smutno, jakby nie miał żadnych złudzeń: — Tak czy inaczej, zawsze można się spakować wrócić do domu.

 

Mariusz SEPIOŁO, dziennikarz, reporter

Zdjęcie: Pixabay

Tekst powstał z myślą o czytelnikach rosyjskojęzycznych. Uznaliśmy jednak, że ten materiał zainteresuje także Czytelnika bądź Czytelniczkę z Polski, dlatego publikujemy wersję polską — Redakcja

 Zdjęcie: Pixabay

Zdjęcie: Pixabay