Petersburski wybór, którego nie ma

Czas czytania: 5 min
Zdjęcie: zaks.ru
Zdjęcie: zaks.ru

8 września w Petersburgu odbyły się wybory gubernatora i deputowanych rad municypalnych. Władza nie ograniczyła się do niedopuszczenia do tych wyborów niewygodnych kandydatów, dorzucania kart do urn i przepisywania protokołów. Opozycjonistów, którym udało się wygrać, próbuje teraz pozbawić ich ustawowych uprawnień.

Na jesieni ubiegłego roku prezydent Rosji Władimir Putin niespodziewanie zdymisjonował gubernatora Petersburga Georgija Połtawczenkę. Tymczasowym zwierzchnikiem miejskiej administracji został pełnomocnik prezydenta w Północno-zachodnim Okręgu Federalnym Aleksandr Biegłow. O tym, że właśnie ten człowiek wystartuje w wyborach, mowy nie było. Wyszło to na jaw dopiero po siedmiu miesiącach, które stały pod znakiem serii klęsk.

 

Spojlerzy słabego kandydata

Już pierwsze opady śniegu pokazały, że nowa administracja nie jest w stanie zorganizować odśnieżania miasta. Zaspy leżały do wiosny nawet w rejonach turystycznych. Setki ludzi doznały urazów z powodu ślizgawek i sopli. Ponadto okazało się, że nowy gubernator nie jest gotów rozmawiać z oponentami. Biegłow pośpiesznie uciekał zewsząd, gdzie mogła wywiązać się polityczna dyskusja. Za to właśnie otrzymał przezwisko „Zbiegłow”.

Publiczne wystąpienia szefa miejskiej administracji stawały się hitami mediów społecznościowych. Popełniał on mnóstwo błędów i zwyczajnie mylił słowa. Ze sceny Placu Dworcowego ogłosił, że w Petersburgu żyją „aktywni i ohydni”. W mieście zaczęto plotkować, że Biegłow miał udar i w wyborach wystartuje ktoś inny – wymieniano między innymi nazwiska szefa Gazpromu Aleksieja Millera i prezesa Sbierbanku Germana Grefa.

W Petersburgu prowadzono badania opinii publicznej, ale ich rezultatów ani razu nie opublikowano. Według niepotwierdzonej informacji rating poparcia dla Biegłowa był katastrofalnie niski jak na kandydata władz i nie przekraczał 20%. Tym niemniej, w maju tymczasowy gubernator ogłosił, że zamierza wystartować w wyborach. To samo zadeklarowało kilkudziesięciu innych polityków – znanych i niezbyt znanych. Tzw. filtr municypalny zdołało przejść jedynie czterech: sam Biegłow, były szef petersburskiego oddziału partii Jabłoko Michaił Amosow, bratanica lidera Sprawiedliwej Rosji Siergieja Mironowa Nadieżda Tichonowa i popierany przez Komunistyczną Partię Federacji Rosyjskiej Władimir Bortko. Pozostałym kontrolująca rady dzielnicowe partia Jedna Rosja nie pozwoliła się zarejestrować, a trójkę kandydatów opozycji nazwała spojlerami Aleksandra Biegłowa.

Władimir Bortko na kilka dni przed wyborami wycofał swoją kandydaturę, oświadczając, że nie chce robić z siebie durnia. Istniało ryzyko, że Biegłow nie wygra z Bortko w pierwszej turze, dlatego reżysera „przekonano” do wycofania swojej kandydatury.

Po zmianie na stanowisku gubernatora nastąpiły poważne przetasowania na rynku mediów i zmiana polityki redakcji. O ile wcześniej dwa główne miejskie kanały telewizyjne różnie prezentowały pracę urzędników, o tyle wraz z przyjściem Biegłowa przerzuciły się one na wspieranie administracji. Zmienili się właściciele gazet i portali internetowych. A dziennikarze, którzy pozwalali sobie na choćby minimalną krytykę pod adresem gubernatora, stracili pracę. Jaskrawym przykładem stało się zwolnienie petersburskiej korespondentki gazety „Kommersant” Marii Karpienko, która aktywnie relacjonowała udział przedstawicieli Administracji Prezydenta w kampanii przed wyborami gubernatora. A obecny szef wydawnictwa „Kommersant” Władimir Żełonkin kilka lat temu był zastępcą Aleksandra Biegłowa.

 

Municypalne wojny

Równolegle trwała kampania przed wyborami deputowanych rad municypalnych. Właśnie ich podpisy potrzebne są politykom, aby mogli kandydować w wyborach gubernatorskich. O władzę na poziomie lokalnym postanowiły powalczyć setki przedstawicieli opozycji. Najwięcej kandydatów zgłosiło Jabłoko, Zjednoczeni Demokraci, sztab Nawalnego, Sprawiedliwa Rosja oraz Komunistyczna Partia Federacji Rosyjskiej.

Już wiosną w okręgach zaczęły się niemal bitwy o rejestrację. Przedstawiciele partii władzy potajemnie ogłaszali wybory, aby konkurenci nie zdążyli złożyć wymaganych dokumentów. Wydano podwójny numer gazety municypalnej – w jednym była informacja o wyborach, a w drugim nie. Lokalne komisje wyborcze odbywały posiedzenia w niespodziewanych miejscach i ukrywały godziny swojej pracy. W kolejkach do rejestracji ustawiali się potężnie zbudowani mężczyźni, którzy potrafili dobami nie wpuszczać do komisji kandydatów z dokumentami. A ci,  którym udało się przedrzeć, musieli się liczyć z wyjątkowo drobiazgowym analizowaniem wszystkich ich dokumentów.

Nierzadkie były też doniesienia o stosowaniu przemocy. Na przykład, szef kampanii municypalnej sztabu Nawalnego w Petersburgu został napadnięty dwukrotnie. W rezultacie opozycjonistom czasem udawało się trafić na listy kandydatów, ale bynajmniej nie w każdej dzielnicy. Ponosili poza tym duże straty. O tym, że wybory lokalne w Petersburgu są zbyt brudne, mówili nie tylko przeciwnicy władzy, lecz i przedstawiciele miejskiej i centralnej komisji wyborczej. Urzędnicy tych instytucji nie wykluczali nawet częściowego anulowania wyborów municypalnych. Jednak do tego nie doszło.

 

Dzień wyborów

Głosowanie jeszcze się nie zaczęło, gdy już zaczęły się pojawiać doniesienia o napadach na członków komisji wyborczych. Annie Szlejnikowej z obwodowej komisji wyborczej nr 1614 ktoś prysnął w oko zielenią brylantową. Członek komisji nr 1619 Georgij Miedwiedinski został kilka razy uderzony w twarz przez nieznaną osobę. Rodiona Poruczikowa z komisji nr 1615 uderzono w głowę prosto w siedzibie komisji. Napastnicy nie zostali ukarani. Wkrótce po otwarciu lokali wyborczych rozeszła się wiadomość o anomalnie wysokiej liczbie kart do głosowania w domu. Tam, gdzie wcześniej w domu głosowało 10-20 osób, z komisji wynoszono setki kart jakoby dla starców i inwalidów. Na południu miasta paczki z kartami do głosowania wywożono prywatnymi samochodami. Obserwatorzy czasem nawet podążali za złodziejami kart, ale nic to nie dawało. Wieczorem ludzie z już wypełnionymi kartami próbowali wedrzeć się do lokali do głosowania – by zwrócić karty. Ale obyło się i bez „wbrosów”, czyli wrzucania do urn całych plików kart do głosowania. W kilku lokalach wyborczych obserwatorom i członkom komisji wyborczych udało się zapobiec takim manipulacjom. Ich koledzy z dzielnicy Krasnosielski zarejestrowali „karuzele” – mechanizm polegający na głosowaniu tych samych wyborców wielokrotnie, w różnych lokalach wyborczych. Grupy uczestników tego procederu przemieszczały się wynajętymi autobusami.

Zarówno przed, jak i po zamknięciu lokali wyborczych dochodziło do masowego wyrzucania niezależnych obserwatorów za drzwi, nierzadko przy użyciu rękoczynów i prowokacji. W niektórych dzielnicach komisje wyborczej wyższego szczebla do późnej nocy uniemożliwiały wprowadzanie protokołów do systemu GAS-Wybory. W rezultacie w szeregu obwodów na wyniki głosowania trzeba było czekać prawie dwa tygodnie. Nie zważając na tysiące doniesień o naruszeniach, Aleksandr Biegłow podsumował wybory następująco: „Nie było skandali, co najwyższej pojedyncze elementy”.

W noc po wyborach trzeci raz dokonano napadu na szefa kampanii municypalnej sztabu Nawalnego Aleksandra Szursziewa, który nagłośnił przypadek podmiany kart do głosowania wyjętych z urny na karty przywiezione z komisariatu policji. O podobnych naruszeniach donoszono również z innych lokali wyborczych.

 

Poprawianie wyborów

Wszystko to nie przeszkodziło opozycjonistom zdobyć największą od 20 lat liczbę miejsc w radach municypalnych. Podczas gdy wcześniej Jedna Rosja i jej sojusznicy zajmowali 1400 miejsc z 1560, to teraz ich stan posiadania skurczył się do mniej niż 1000 miejsc. Deputowanymi zostało 366 osób, które otrzymały głosy w ramach „mądrego głosowania” Aleksieja Nawalnego. Jednak w wielu okręgach partia władzy utrzymała większość. Co więcej, zanim nowi deputowani zostali zaprzysiężeni, „starzy” zdążyli zmienić statuty poszczególnych jednostek samorządu. I tak, w Litiejnym Okręgu Municypalnym, w którym zwyciężyli członkowie partii Jabłoko, działacze Jednej Rosji zmienili procedurę wyboru szefa rady municypalnej, znacznie ją komplikując – zamiast połowy głosów potrzeba teraz dwóch trzecich, którymi opozycja nie dysponuje. A w okręgu 72, gdzie zwyciężyli członkowie Partii Wzrostu, możliwy jest zakaz podejmowania decyzji w przypadku nieobecności choćby jednego deputowanego. W taki sposób Jedna Rosja próbuje sparaliżować pracę okręgów, w których partia władzy straciła większość.

Społeczeństwo reaguje na tę walkę obojętnie. Na wiec przeciwko fałszowaniu wyborów przyszło mniej niż półtora tysiąca Petersburżan. Niemniej, po raz pierwszy od wielu lat opozycja ma szansę pokazać, jak powinni pracować politycy na szczeblu lokalnym.

W jednym z okręgów, gdzie wygrali kandydaci Partii Wzrostu, posiedzenie rady municypalnej rozpoczęło się od zdjęcia ze ściany portretu Władimira Putina. Jeśli pozytywne zmiany nie skończą się na tym, opozycja będzie mieć szansę zdobyć więcej miejsc w miejskim parlamencie i w wyższych szczeblach władzy. A wyborcy być może zaczną aktywniej bronić dokonanego przez siebie wyboru przed fałszerzami.

Roman Perl