Jakie chcesz pieniądze, jeżeli stałeś i nic nie robiłeś?

Jak i kto zostaje niewolnikiem w dzisiejszej Rosji. Śledztwo dziennikarskie Znak.com o pracy niewolniczej w tak zwanych
dom pracy przymusowej. Według organizacji Walk Free Foundation prowadzącej Globalny Indeks Niewolnictwa, w Rosji jest prawie 800 tys. niewolników.

W Rosji istnieją całe fabryki, w których zmieniają ludzi w niewolników. Według informacji ruchu spółecznego Alternatywa, który zajmuje się tym problemem, w ciągu ostatnich siedmiu lat w prawie wszystkich większych miastach kraju pojawiły się domy pracy przymusowej, w których obiecują pomagać, a potem siłą utrzymują ludzi, zmuszają ich „zapierdalać za jedzenie” i biją ich. Jednocześnie państwo nie zwraca uwagi na tak dużą sieć. Większość organizacji nie jest oficjalnie zarejestrowana, niektórym udaje się przebrać za ośrodki rehabilitacyjne lub fundacje charytatywne. Tylko szczęśliwy przypadek może pomóc ludziom, którzy tam trafili. Korespondentowi Znak.com udało się przeniknąć w jeden z takich domów pracy, oraz uslyszeć opowieści o ocalonych niewolnikach.

Bardzo podobne ogłoszenia dotyczące domów pracy w Jekaterynburgu są umieszczane na przystankach komunikacji miejskiej oraz na przejściach dla pieszych w centrum miasta. „Centrum Adaptacji Społecznej „Twoja Szansa”. Pomagamy ludziom w trudnych sytuacjach życiowych”.

„Dom pracy. Bezpłatne zakwaterowanie i wyżywienie. Od 500 do 1000 rubli / dzień (ok. 25-50 zł). Pomoc w odzyskiwaniu dokumentów”.

Mechanik samochodowy Nikolai, który niedawno stracił mieszkanie i pracę, mówi: ledwo udało mu się ucieć z takiego domu. „Chcieli zabrać moje ostatnie dokumenty i komórkę” – wspomina. Nikolai twierdzi: każdy, kto trafi do takich ośrodków, jest siłą wywożony w inne regiony. „Zadaniem jest odcięcie wszystkich kontaktów. Więc jeśli coś się wydarzyło, nie miałeś dokąd uciec ani dokąd prosić o pomoc. Kiedy do nich dotrzesz, stajesz się ich własnością” – wyjaśnił bezdomny mężczyzna.

Korespondent Znak.com dzwoni pod numer telefonu podany w jednej z reklam (“Praca, mieszkanie, wyżywienie. Płacimy do 1000 rubli”), odpowiada mężczyzna, który od razu pyta: czy byłem karany, brałem narkotyki, byłem w takich ośrodkach, czy mam gdzie mieszkać.

Kilka minut później przyjechał już po niego samochód, kierowca przedstawił się jako Władimir, powiedział, że jest szefem oddziału fundacji charytatywnej Nowaja Era, firma zajmuję się transportem ładunków, pracami wykończeniowymi i naprawami. Sam Władimir, jak powiedział, był kiedyś „mocno na igle” i przez narkotyki dużo stracił, spędził około 13 lat w koloniach, głównie „za kradzież”.

„Dom pracy” okazał się uporządkowanym świeżo remontowanym trzypokojowym mieszkaniem z jacuzzi w nowym budynku w centrum Jekaterynburga. Tam korespondent spotkał się z zastępcą szefa – Arturem. Artur poprosił o wyłączenie telefonu i oddania mu go.

Wyjaśnił: pierwsze dwa tygodnie – kwarantanna, komunikacja z bliskimi i krewnymi jest możliwa tylko przez telefon w jego obecności, nie można bez jego zgody woli wychodzić z mieszkania.

Artur nazywał to mieszkanie wyłącznie ośrodkiem rehabilitacji, a nie domem pracy.

„To nie jest więzień. Jeśli coś Ci nie odpowiada, po prostu powiedz mi. Tylko nie uciekaj” – podkreślił Artur. Ucieczka skutkuje trafieniem do  „czerwonej listy”, bez możliwości wrócić.

Artur powiedział, że ośrodek posiada własną służbę bezpieczyństwa. „Czegokolwiek się nie spodobało, zostałeś oszukany lub pobity – napisz do nich. Przyjdą – rozważą sprawę. Jak ja jestem winny, to będę ukarany grzywną, jeżeli ty, to pojedziesz do innego ośrodka. Jesteśmy porządną organizacją. Działamy przez urząd miasta” – wyjaśnił Artur. Powiedział, że w samym Jekaterynburgu organizacja ma trzy mieszkania. Ponadto istnieją oddziały „w całym kraju”, więc nie ma problemów z przeniesieniem osoby do innego regionu.

Potem Artur wręczył korespondentowi formularz umowy. Zgodnie z dokumentem jako „wolontariusz” musiał zgodzić się na ograniczenie swobody poruszania się, komunikowania się z bliskimi i przekazywania wszelkich informacji, które mogłyby zaszkodzić Nowej erze.

Zaproponowano mu pracę „przy przewozie ładunków, naprawach i oczyszczaniu odpadów budowlanych”. „Nie zobaczysz pieniędzy od razu. Zarobiłeś 200 rubli (ok. 10 zł). Pieniądze – w kopercie, koperta – w sejfie. Tam też będzie twój telefon. Tutaj za nic nie płacimy. Za jeden wyjazd ma miejsce płacą 30 tysięcy rubli (ok. 1500 zł), z tych pieniędzy dostajemy 3 tysiące rubli, reszta idzie do głównego biura. Nasze dzielimy w zależności od tego, kto pracuje i jak. Jakie chcesz pieniądze, jeżeli stałeś i nic nie robiłeś?” – wyjaśnił Artur.

W tym momencie korespondent stwierdził, że odmawia i chcę wyjść, Artur odpowiedział, że bez Władimira, którego w tym momencie nie było w mieszkaniu, wyjście jest zabronione. W trakcie rozmowy telefonicznej Władimir poprosił mnie, żebym zaczekał na niego kilka godzin i jednocześnie napisał do Artura SMS-a: „Nie oddawaj telefonu beze mnie”. Po rozmowie Arthur pokazał wiadomość i poradził „uciekaj. Szybko”. Dziennikarz postępował zgodnie z radą.

Artur i dwóch „robotników” zostali w mieszkaniu. To 40-letnia Warwara, która powiedziała, że ​​dostała się do domu dwa dni temu i teraz jest tutaj by przygotować jedzenie, sprzątać i myć.

Drugi mieszkaniec, 35-letni Aleksiej, to niski mężczyzna, bardziej przypominający szkielet.

„Kiedyś malowałem samochody w serwisie samochodowym, potem zostałem zwolniony”. Nie zatrudnili go nigdzie indziej. Kiedy zrobiło się chłodniej, aby nie zamarznąć, znalazłem ogłoszenie i zadzwoniłem tutaj” – powiedział.

Według Aleksieja w ciągu dwóch tygodni zarobił 1000 rubli, instalując hydraulikę. Potem zachorował. „Wczoraj miałem gorączkę 41 stopni, osłabienie. Siedzę więc w domu i piszę ogłoszenia” – wyjaśnił.

 

„W organizacji zostają tylko ci, którzy na poważnie chcą zmienić swoje życie”

Fundacja charytatywna Nowaja Era jest zarejestrowana w Samarze i, sądząc po stronie internetowej, ma biura w Jekaterynburgu i 15 innych miastach kraju. Właściciełe są współzałożycielami firmy transportowej i innej fundacji charytatywnej Za jasne życie.

Na numer telefonu podany na stronie odebrał Siergiej: „Wolność nie ogranczamy. Komórki nie odbieramy. Zanim ludzie przychodzą do nas, nie mają już telefonów” – powiedział. Ale potwierdził, że przenoszą rehabilitantów do innych miast – w celu „zerwania ich więzi z poprzednim życiem”.

Siergiej twierdzi, że działają wyłącznie jako organizacja charytatywna zajmująca się przystosowaniem osób uzależnionych od alkoholu i narkotyków. Rehabilitanci pracują nad zamieszczaniem ogłoszeń, pomagają domom dziecka i kościołom. Nie pracują w obsłudze lub w naprawach.

„Wszystko jest legalne. W organizacji zostają tylko ci, którzy chcą poważnie zmienić swoje życie” – zapewnił Siergiej. Ile osób jest teraz w ich ośrodkach w Jekaterynburgu, trudno mu było powiedzieć

Źródło Znak.com w strukturach władzy regionu powiedział, że policja „nie ma informacji o nielegalnej działalności domów pracy”. Ponadto nie prowadzą odrębnej ewidencji przestępstw popełnionych w takich instytucjach.

 

Tortury i ciężka praca

Historie tych, którzy trafili do domu pracy i stali się niewolnikami, trafiały do ​​mediów niemal co miesiąc. W październiku Komsomolskaja Prawda opublikowała historię Dmitrija Winokurowa, który cudem uciekł z niewoli w jednej z nielegalnych cegielni w Dagestanie.

W Twerze w listopadzie wolontariusze ruchu Alternatywa (od 2011 roku walczą w Rosji z handlem ludźmi i wszelkimi rodzajami niewolnictwa) odkryli dom pracy, w którym siłą przetrzymywano 25 osób. Udało się odrkyć to miejsce po tym, jak Siergiejowi Wostrikowowi udało się uciec stamtąd – 46-letni ojciec dwójki dzieci przybył do Moskwy we wrześniu, aby zarobić pieniądze zniknął: jego krewni nie mogli się do niego dostać, a on sam nie kontaktował się.

Jak się później okazało, кekruterzy jednego z domów pracy zauważyli go na jednej z moskiewskich stacji kolejowych. „Już wolno myślał z głodu i było mu strasznie zimno w cienkiej kurtce. Natychmiast zaproponowano mu wejście do samochodu, obiecali go nakarmić. Zgodził się” – mówi ciotka mężczyzny. W rezultacie Wostrikow znalazł się w domu, gdzie „zmuszono go do zapierdalania za jedzenie, bez żadnej płacy”.

 

„Ludzi z prowincji wymusieni jechać do miast przez kredyty i bezrobocie”

W ciągu ostatnich siedmiu lat w prawie wszystkich regionach Rosji pojawiły się domy pracy przymusowejm, mówią w Alternatywnie. „Ludzie stali się biedniejsi, pożyczki i bezrobocie wypychają ich z prowincji do miast” – wyjaśnia ten trend. W miastach istnieje zapotrzebowanie na nisko wykwalifikowaną siłę roboczą. W związku z tym łatwiej jest sprzedawać usługi niewolników XXI wieku.

„Jeśli ktoś nie może pracować, to go nie potrzebują. Tam nie ma żuli. Często bywają tam były dzieci z domów dziecka. Poza domami dziecka w ogóle nie wiedzą, jak buduje się życie” – mówią w Alternatywie. Jeden niewolnik przynosi swojemu właścicielowi około 60 tysięcy rubli (ok. 3 tys. zł) dochodu netto miesięcznie w Moskwie i 20-40 tysięcy rubli w regionach (ok 1-2 tys. zł), czyli w skali kraju jest to kolosalny biznes w cieni.

W Internecie łatwo znaleźć dziesiątki ogłoszeń. „Dom pracy. Petersburg. Cotygodniowa płata. Zadzwoń, jeśli nie masz jak się do nas dostać, przyjedziemy po Ciebie”. „Pomożemy Ci wrócić do normalnego życia”. W sieciach spółecznościowych tuż obok takich ogłoszeń setki wpisów o poszukiwaniu zaginionych ludzi.

Inny jest przykład w Irkutsku, w którym pod naciskiem władz regionalnych zorganizowano ledalny dom pracy. Fundacja charytatywna Obiereg („amulet”) powstała w 2009 roku jako ośrodek wsparcia „sierot społecznych”, specjalizujący się w pomocy kobietom i dzieciom. Kilka lat temu władze regionu zaproponowali im się zajmować również ludźmi, które „utracili umiejętności pracy”.

 

Więzienne zasady, granty i Cerkiew Prawosławna

Ogólnie rzecz biorąc, Alternatywa dzieli zakłady pracy na trzy główne kategorie. Pierwsza to ci, którzy przebierają się za ośrodki rehabilitacji i struktury charytatywne i cieszą się z dotacji i grantów.

Druga kategoria obejmuje tych, którzy bezpośrednio pozycjonują się jako domy pracy. „Poszukują bezpośrednio osób, które mają trudną sytuację życiową. Są wabieni, odbierane im dokumenty i zmuszane do pracy. Z reguły tacy ludzie nie otrzymują żadnych pieniędzy. Często są zmuszani do pracy przy budowie prywatnych domów, załadunku i rozładunku, kopaniu ogrodów i tym podobnych” – opowiada szef Alternatywy Oleg Mielnikow.

Według niego takie struktury prowadzą „byli więźniowie”. W związku z tym ustalają więzienne zasady.

„Nie pamiętam żadnych przypadków morderstw, ale często są bici. Powiedział coś złego, zrobił coś złego, niezadowolony z pracy – biją i karają grzywnami”- zauważa Mielnikow.

Istnieją nawet przykłady odsprzedaży „niewolników” do zakładów pracy z innych regionów. „Koszt – 10-15 tysięcy rubli (ok. 500-750 zł). Co więcej, te „koszty” osoba musi wtedy również odpracować” – kontyniuje Mielnikow. Mówi, że wcześniej w Moskwie było wiele takich „przestępczych domów”. Teraz przenieśli się do „regionów przygranicznych” – obwodów Twierski, Jarosławski, Włodzimierski.

Trzecią kategorię warsztatów, otwartą przy wsparciu Rosyjskiego Kościoła Prawosławnego, Mielnikow uważa za najbardziej nieszkodliwą. „Szczerze dają schronienie, karmią i mówią, że nie dają pieniędzy do ręki, ale na przykład kupią bilet do domu” – mówi. Do takich organizacji należy Dom Noe, który traci pieniądze zarobione przez członków społeczności na wsparcie osób niepełnosprawnych i starszych.

 

„Jest prawdziwe polowanie na tych, którzy są zdolni do pracy”

W samym Noe mówią, że próba wzbudować pracę w taki sposób, żeby zdolni do pracy opiekali się nad osobami starszymi i chorymi zrobiła z nich kiepski żart. „Gdy stosunek pracowników do słabych wynosił 60–40%, organizacja mogła funkcjonować bez problemów. Ale teraz wszystko się zmieniło. W naszych pięciu schroniskach przebywa ponad 1000 osób. Spośród nich 650 to osoby starsze i nie mogą pracować. Pozostałe 350 osób ledwie dają radę, by ich wesprzeć” – mówi Roman Tronczuk, asystent kierownika zakładu pracy w Noe.

W związku z pandemią koronawirusa i późniejszym odpływem pracowników migrujących z Rosji znacząco wzrosła konkurencja między zakładami pracy o siłę roboczą, dodaje Tronczuk.

„Jest prawdziwe polowanie na tych, którzy są zdolni do pracy. W Moskwie na placu Trzech dwórców (Площадь трех вокзалов) dzala jednocześnie około 60 rekruterów. Ich klientów łatwo zauważyć. Z reguły są to osoby z torbami, workami i zmęczeniem na twarzach. Wystarczy więc zaoferować nocleg i jedzenie. Zgadzają się już na wszystko.

 

„Pracują na czarno, bez rejestracji, rozliczeń podatkowych i umów o pracę”

Biuro Rzeczniczki Praw Obywatelskich Federacji Rosyjskiej Tatiany Moskalkowej, do którego Znak.com wystąpiło o komentarz na temat domów pracy, dwukrotnie informowało, że nie otrzymywało żadnych skarg na te struktury i że to zjawisko społeczne nie jest traktowane jako problem w biurze rzeczniczki .

Obecnie Alternatywa otrzymuje co miesiąc od pięciu do siedmiu skarg od ofiar. Ale Oleg Mielnikow jest pewien, że biuro Moskalkowej nie oszukuje. „Z reguły są to osoby wyjątkowo słabo wykształcone i słabo rozumiejące kwestie związane ze stosunkami pracy. Nie wiedzą nawet, jak i gdzie napisać swoje skargi” – wyjaśnił. Większość ofiar po ucieczce z domów pracy przymusowej woli po prostu zapomnieć o tej historii jako o złym śnie.

Ponadto, według Melnikova, prawie wszystkie takie organizacje „działają na czarno, bez rejestracji, rozliczeń podatkowych i umów o pracę”. Mówiąc najprościej, celowo pozostają poza prawem i są niewidoczne dla państwa.

Jak uważa Roman Tronchuk, właścicieli takich nielegalnych obiektów po prostu kupują władzę lokalne i policjantów.

I nawet w przypadku udanej ucieczki ofiary nie mogą znaleźć prawdy od lokalnych funkcjonariuszy bezpieczeństwa.

Z taką opinią zgadza się emerytka Walentyna Aleksandrowna z Wysokowska, której udało się uratować siostrzeńca. Jest pewna, że ktoś z policji właścicielom domu pracy, do którego dostał się jej krewny. Niemal natychmiast po ucieczce Wostrikowa pewien śledczy Dmitrij zadzwonił do niej przez telefon i próbował dowiedzieć się dokładnie, gdzie jest siostrzeniec kobiety, kiedy iz której stacji opuszcza dom.

Znana jest historia 35-latka pochodzącego z Ukrainy, który przez pięć lat przebywał w Moskwie w niewoli pracy u romów, którzy zmuszali go do żebractwa. Wiele razy próbował uciec, ale za każdym razem, gdy zwracał się do policjantów, sprowadzali go z powrotem do romów. Raz romowie, za pomocą policji, porwali go nawet ze szpitala, mimo protestów lekarzy. Kiedy przywieźli z powrotem do domu pracz, to pobili, wyrzucili przez okno z drugiego piętra. Były niewolnik został uwolniony przez działaczy ruchu Alternatywa.

Oleg Mielnikow mówi, że „prawie wszyscy policjanci w Rosji mają takie podejście do tego problemu: jeśli ludzie sami chcą pracować za żywność, to co mogą zrobić?”. Nie zgadza się z tym stanowiskiem: „Gdzie taka norma jest zapisana w prawie pracy? W rzeczywistości jest to nielegalne pozbawienie wolności! Co więcej, kiedy ludzie są przenoszeni z jednego zakładu pracy do drugiego, jest to na ogół część 1 artykułu 127 Kodeksu karnego Federacji Rosyjskiej („Nielegalne pozbawienie wolności”)”.

 ″Workers hand″ by kmerenkov is licensed with CC BY-NC-SA 2.0. To view a copy of this license, visit https://creativecommons.org/licenses/by-nc-sa/2.0/

″Workers hand″ by kmerenkov is licensed with CC BY-NC-SA 2.0. To view a copy of this license, visit https://creativecommons.org/licenses/by-nc-sa/2.0/

Jeśli podoba ci się to, co robimy możesz wspomóc naszą działalność
Wesprzyj nas